Strona główna Nasze opowiadania Wojenny pamiętnik cichociemnej cz.3 - Może kiedyś, innym razem
Wojenny pamiętnik cichociemnej cz.3 - Może kiedyś, innym razem
Wpisany przez Pani Joanna   
niedziela, 07 kwietnia 2013 15:00

Po dwóch butelkach wódki, które wypiliśmy razem z Bronkiem, Jankiem i Władkiem czuliśmy się prawie jak w domu. Bronek opowiadał o swoich licznych polowaniach w Dobrzanach, gdzie mieszkał przed wojną. Mówił o polowaniu na dziki, wilki i lisy. Zachwalał swojego kompana broni niejakiego Achmatowicza, który był starym pijakiem, ale jednak jego dobrym przyjacielem. Janek potem dorzucił temat starych podań o wilkołakach w polskich lasach o, których opowiadał mu dziadek. Oczywiście śmialiśmy się z tego jak głupcy, bo wilkołaki przy Niemcach i wojnie wypadały bardzo marnie.

Michał zniknął razem z "Jarką" na parkiecie wśród innych tańczących par. Szeptali coś sobie do uszu, śmiali się i nadal tańczyli jakby świat się miał zaraz skończyć. Odwracałam od nich wzrok kiedy chłopcy znowu się śmiali, próbowałam robić to co oni.

Kapela nadal grała angielskie piosenki, a pary nadal tańczyły, a my nadal piliśmy. Spalając kolejnego papierosa za kolejnym i pijąc kolejny kieliszek wódki chciałam choć na chwilę oderwać się od myśli, że tam w Warszawie trwa prawdziwa wojna.
- Zagrali by coś polskiego - Janek spojrzał w stronę sceny i na tęgiego faceta, który śpiewał.
Zaśmialiśmy się pod nosem trochę pijani.
- Zagrają jak wygramy wojnę - Bronek poklepał go po ramieniu - chociaż przyznam, że chętnie bym czegoś polskiego posłuchał....znacie coś?
Popatrzył na nas zaciekawiony, a potem głośno wybuchł śmiechem jak dzieciak. Ciemne włosy miał roztrzepane, a ciemniejsze oczy były szkliste.
- A pamiętacie taką piosenkę... - zaczął Władek - coś innym razem, dzisiaj...nie pamiętam jak to było.
- Może kiedyś inny razem dziś na razie nie... - zaśpiewał Janek.
- Dzisiaj głowa jest pod gazem, nie wie czego chce -dodałam - dni się robią...
Wszyscy uśmiechnęliśmy się do siebie zadowoleni jakbyśmy przewrócili czołg. Władek klasnął w dłonie, przypominając sobie tekst piosenki i zaczął śpiewać, jak my wszyscy.
- Może kiedyś innym razem, dziś na razie nie! Dzisiaj głowa jest pod gazem nie wie czego chce! Dni się robią coraz krótsze może jutro lub pojutrze będzie lepiej dziś jest jeszcze źle!
Ludzie na sali patrzyli na nas jak na bandę pijaków z polski. My robiliśmy swoje - jak każdy polak. Śpiewaliśmy, a wszyscy- Polacy, Anglicy - zaczęli wsłuchiwać się w naszą polską piosenkę.
- Może w maju, może w grudniu zresztą kto to wie! Może dzisiaj po południu, może jeszcze nie! - kapela w końcu przestała grać, a Polacy, inni cichociemni zaczęli śpiewać z nami. Nawet pary na parkiecie przestały tańczyć - ja pod gazem ty pod gazem! Wszystko jedno innym razem, w każdym razie dzisiaj nie!
Wstaliśmy od stołu jak inni - bawiliśmy się świetnie, a to, że w Anglii śpiewamy polską piosenkę wprawiło nasze serca w lepszy rytm.
- Może w maju, może w grudniu zresztą kto to wie! Może dzisiaj po południu, może jeszcze nie! Ja pod gazem ty pod gazem wszystko jedno innym razem, w każdym razie dzisiaj nieeeee!
Klaskaliśmy w dłonie śmiejąc się jak głupki, ktoś zaczął gwizdać. Inni krzyczeli dalej słowa piosenki. Polska była wszędzie, nawet tu - w Anglii. Objęłam Władka w pasie śmiejąc się dalej. Poczułam się jak ktoś ważny, jak ktoś kto może zmieniać świat, a nawet wygrać wojnę!
W końcu sali ujrzałam Michała, który klaskał w dłonie, przy nim stała "Jarka" uśmiechała się lekko jak miała w zwyczaju. Potem wyszli z lokalu.

Rano jedząc śniadanie w głowie miałam nadal piosenkę z wczorajszego dnia. Czułam się beztrosko, chyba jak każdy w tym dniu. Również Władek chodził mniej poważny niż zwykle. Kiedy pił słabą herbatę uśmiechał się do mnie często nucąc sobie pod nosem.
Jedyne to co mnie wprawiało w jakąś złość to to, że Michał i "Jarka" wrócili do domu późno w nocy po nas. Nie złościł mnie fakt, że byli gdzieś razem tylko to, że przy powrocie zrobili straszny hałas. Michał przewrócił się w końcu w swoim pokoju, który dzielił z Władkiem, co było słychać w całym domu. Musiał porządnie gruchnąć. "Jarka" padła jak długa na swoim łóżku, nawet nie zdjęła z siebie płaszcza.
Najpierw wstała blondynka, która od razu przebrała się w treningowe spodnie i oficerki. Wyglądała gorzej niż zwykle. Włosy miała przetłuszczone, a oczy spuchnięte i zaspane. Władek gwizdał cały czas zakładając buty w przedpokoju.
Na trening do "Małpiego gaju" dotarliśmy na czas rozgrzewki. Bronek obdarzył mnie miłym uśmiechem, a Janek skinieniem głowy. Proste gesty w ich wykonaniu wydawały się jak małe prezenty na Boże Narodzenie.
- W szeregu zbiórka! - wrzasnął na nas sierżant Łoskot, który dowodził naszą grupą treningową - trzy krążenia, bieg z przeszkodami jak zwykle, a potem most i na końcu trapez! Do roboty!
- Trapez śmierci - ktoś jęknął z tyłu - zaczyna się...
Po plecach przeszły mnie ciarki. "Trapez śmierci" jak mieliśmy w zwyczaju nazywać urządzenie na którym trzeba było przypiąć się linkami i na spadochronie skoczyć z wyznaczonej odległości. Niektórym się udawało bez problemów, inni łamali nogi albo ręce. Nie można było sobie teraz pozwolić na jakiekolwiek złamanie ponieważ przerzut do kraju był blisko.

Ruszyłam za chłopcami truchcikiem oddychając miarowo. Trzy kółka były rozgrzewką. Biegnąc dalej po torze przeszkód mieliśmy skakać przez mury i inne takie. "Jarka" biegła zaraz za mną, ale udało się jej mnie wyprzedzić, kiedy skakała przez mur. Byłam zmęczona tak bardzo, że prawie się przewróciłam lądując na kolana - jak zwykle one były najbardziej potłuczone. Chociaż wolałam codzienne treningi niż siedzenie w sali wykładowczej i słuchanie co zmieniło się w Polsce podczas naszej nieobecności. Pieniądze, poczta, strażnicy na ulicach itp. Wolałam biegać po lasach niż wkładać kabelki do stacji radiowej na kursie telegrafii, albo uczyć posługiwać się bronią- nożem i pistoletami niż wpajanie do mózgownicy alfabetu Morsa. Sztuka dżudżitsu była jednak dla mnie czarną magią, a odnalezienie w terenie było ważniejsze. Język angielski był z tego wszystkiego najłatwiejszy. 
- Dalej, dalej! - wrzasnął na mnie sierżant - ruchy!
Podniosłam się i ruszyłam dalej. Na moście linowym, który wisiał nad małą rzeczką stał wielki "korek". Chłopcy krzyczeli jak szaleńcy, żeby ktoś szedł szybciej. Rozglądałam się nad ich głowami, ale nic nie wiedziałam.
- Kto tam stoi?! - wrzasnęłam do starszego faceta, który nosił pseudonim "Dyrektor".
- "Jarka" - odpowiedział zlany potem - mówi, że most zaraz się rozerwie. Nie chcę się ruszyć z miejsca.
Zatkało mnie. Spojrzałam na liny mostu za mną. Trzymały się jak zwykle - trochę się chwiały, ale to przecież był most linowy. Nadal wszyscy krzyczeli jak ogłupieli.
Nagle jedna lina się oderwała, a grupa, która stała z tyłu gruchnęła w przepaść prosto do rzeki. Oczywiście ja w niej byłam.
Spadłam na bok obijając się jak kukiełkowa laleczka. Nie dość, że byłam cała mokra to jeszcze poobijana. Chłopcy zaczęli krzyczeć i klnąc na "Jarkę", że gdyby nie stała jak słup soli to zdążyli by przejść. Blondynka stała po drugiej stronie mostu patrząc na nas jak na ryby w stawie. Zagarnęłam mokre pasma do tyłu.
- W porządku? - spytał " Franek", chłopak o jasnych włosach.
- Tak - odparłam wyrzynając ubrania z wody - szczerze? ..mogłoby być lepiej.
Zaśmiał się, a dołeczki w jego policzkach były tak wyraziste jak słońce w Polsce. Spuściłam wzrok na jego buty. Były brudne od błota.
- "Sowa"! - usłyszałam głos Władka znad przepaści - choć!
Wyciągnął do mnie rękę, a ja wspięłam się odrobinę ku górze i złapałam go za przedramię. Wyciągnął mnie bez trudu.
- Ranni do szpitala! - wrzasnął sierżant - już! Ruchy, ruchy! Inni do domów!
- Jak to? - spytałam.
- Przez ten cholerny most ćwiczenia odwołane - odpowiedział wściekły sierżant - a ty panienko do szpitala!
Wykrzyczał mi to prosto w twarz, a żeby nie stojący przy mnie Władek pewnie bym upadła od jego krzyku. Nie potrzebowałam lekarza, bardziej chwili odpoczynku na złapanie dłuższego oddechu. Z nóg zwaliło mnie jeszcze słowo "panienka". Gdyby nie to, że koleś był sierżantem walnęłabym go w twarz. Prychnęłam tylko i ruszyłam za innymi.
- "Sowa"! - wrzasnął za mną Władek - gdzie leziesz do cholery?!
Nie zwracałam na niego uwagi. Szłam szybkim krokiem. Stanęłam dopiero, kiedy poczułam jak po skroni leci mi strużka krwi. Wytarłam ją, a Władek dobiegł do mnie.
- Poradzę sobie - oznajmiłam tylko wycierając krwawiącą ranę rękawem koszuli.
- "Sowa" - warknął na mnie łapiąc mnie za łokieć - idziemy.
Zaprowadził mnie pod sam gabinet u lekarza. Czekali tam też inni ranni. "Jacuś"- młody chłopak, który miał łysą głowę i wielką szramę pod okiem miał złamany nos i zbity łokieć. "Dyrektor", który stał przede mną trzymał się kurczowo za kostkę i głośno jęczał. Ktoś jeszcze złamał nogę, albo zwichnął nadgarstek lub rozbił głowę jak ja. Zajęły się nami pielęgniarki, które bardzo słabo znały polski. Mówiły tylko pojedyncze słówka typu "boli?" ze śmiesznym angielskim akcentem. Pulchna kobietka z chustką na włosach zbadała mnie, dała jakieś proszki na ból głowy i wysłała do domu.
Rannych kazano zaprowadzić do domów, a reszcie przyjść na kolejną lekcję władania nożem. Zwykle te "lekcje" odbywały się na dworze na manekinach. Wbijaliśmy w niego małe sztylety, uczono nas techniki "zabicia jednym ciosem" itp. "Herman", bo tak nazwaliśmy naszego manekina był w strasznym stanie po naszych akcjach.
Władek odprowadził mnie pod kamienicę w której mieszkaliśmy i pobiegł na kurs machając tylko do mnie dłonią. Weszłam do mieszkania. Było puste. Zdjęłam oficerki umorusane błotem, potem zrzuciłam z siebie spodnie i brudną koszulę. Zachciało mi się płakać, że nie jestem tam razem z nimi i nie ćwiczę na "Hermanie". Walnęłam pięścią w ścianę w łazience.
Teraz mogą nie wysłać mnie do kraju - pomyślałam.

 

Czytaj także:

 

Przykro nam, ale nie możesz komentować tego artykułu, ponieważ nie jesteś zalogowany. Zaloguj się lub załóż konto, jeśli go jeszcze nie posiadasz. Zapraszamy!

Czas Honoru

Ankieta

Czy Twoim zdaniem, serial przyczynił się przywrócenia pamięci o cichociemnych oraz żołnierzach wyklętych?
 

Z planu serii "Powstanie"

Wyszukaj na stronie

Ostatnie komentarze