| Wojenny pamiętnik cichociemnej cz.1 - Nazywamy ich cichociemni |
| Wpisany przez Pani Joanna | |||
| wtorek, 05 marca 2013 20:32 | |||
|
Uciekaliśmy w popłochu z wielkim zapałem w sercu i dumą z tego, że bronimy nasz kraj. Polska - nasza duma, którą właśnie niszczyły bombardowania przez niemieckie oddziały. Nagle wielka bomba padła tuż obok mnie, upadłam na ulicę zamykając oczy od szerzącego się dymu i ognia. - "Sowa"! - wrzasnął za mną jeden chłopak z naszego oddziału - Hania wstawaj! Pociągnął mnie za sobą jak worek starych ziemniaków. Byłam wyczerpana, biegaliśmy po Warszawie od piątej rano, a bomby padały jedna za drugą. Wpadliśmy z "Kowalem" do schronu, gdzie inni dostawali broń, granaty i jedzenie. "Kowal" ułożył mnie na kamiennej podłodze w schronie podsuwając mi cały czas wodę w manierce. Serce waliło mi tak głośno, że nawet on mógł je usłyszeć. - Musimy dostać się na Stare Miasto, nasi pewnie już tam są - złapałam "Kowala" za ramię - idziemy. - Żarty sobie robisz? Z tym rozbitym kolanem daleko nie zajdziesz. Musisz tu zostać, ja idę - wyjął z plecaka szarą chusteczkę i przystawił mi ją do krwawiącej rany - zostań tu! Słyszysz mnie? Spuściłam wzrok na jego brudne od sadzy dłonie. Złapał mnie nimi za policzki i przyciągnął mnie do siebie. - Nie narażaj życia Hania - wyszeptał - musisz tu zostać, żeby w przyszłości opowiedzieć swoim wnukom, że walczyłaś z Niemcami. - Co ty pieprzysz? Jakim wnukom, idę z tobą. Jak mamy zginąć to we dwójkę - spojrzałam w jego brązowe tęczówki - "Kowal" jesteśmy razem w tym cholernym wojsku czy nie?! - To nie jest żadne wojsko - upomniał mnie - zostań tu, a jutro po ciebie wrócę jak już będzie po wszystkim. Wrócimy do domu i zjemy zrazy mojej matki. Kiwnęłam głową roniąc łzy. Wiedziałam, że "Kowal" mógł tam zaraz zginąć, ale tylko objęłam go za kark, ucałowałam w brudny policzek i kazałam mu iść w cholerę. Zaśmiał się tylko i wyszedł ze schronu.
"Kowal" już nie wrócił następnego dnia, ani następnego, ani następnego. Czekałam w schronie prawie tydzień. Niemcy bombardowali miasto jeszcze bardzo długo. Kiedy wyszliśmy stamtąd moja rana na kolanie była już strupem. Na plakatach co dzień widniały nowe plakaty propagandowe dla wkraczających do miasta Niemców, którzy z nami wygrali. Moja rodzina zginęła w bombardowaniach. Podobno ocalała tylko moja starsza siostra - Majka, ale nie znalazłam jej po bardzo długim poszukiwaniu. Nie pozostało mi nic innego jak wstąpić do jakiejś siatki. Starszy facet, który nami dowodził miał pseudonim "Grabarz" i wyglądał jak stary lekarz w zielonej marynarce. Miał też gęste, szare brwi mimo to mówił do rzeczy. Zebrał nas na spotkania co tydzień w innym miejscu, które przekazywali nam przez skrzynkę kontaktową. W moim oddziale były cztery osoby razem ze mną. Ja byłam najmłodsza, potem wstąpił razem ze mną Grzesiek, którego nazywaliśmy "Zdzisław", zaraz po nim pojawili się "Drucik" i bardzo ładna dziewczyna o pseudonimie "Jarka". Czułam, że zbytnio za mną nie przepadała, a chłopaki mieli do niej słabość. Ja byłam tylko małolatą, która chciała się wkręcić do "obrony kraju". Nikt nie traktował mnie poważnie, przynajmniej tak czułam przy naszych spotkaniach i akcjach "małego sabotażu". Pewnego dnia razem z "Zdzisławem" mieliśmy iść na małą akcję. Na murze na alei Szucha mieliśmy namalować na murze kotwicę "Polska walcząca". Poszliśmy więc popołudniu normalnie udając, że jesteśmy parą pod rękę. Rozglądając się dookoła czy nie ma nikogo podejrzanego wyjęłam z torebki dwa pudełeczka z czarną farbą i pędzle. "Zdzisław" namalował posłusznie wielką kotwicę i chciał uciekać, ale nie chciałam odejść bez jakiegoś innego hasła. Napisałam więc szybko "Naszych braci pomścimy", a pod spodem "Hitler kaput!". Nagle z bramy wylecieli dwaj niemieccy żołnierze, którzy byli uzbrojeni w pistolety. Farbka wyleciała mi z rąk, ale moje stopy szybko zareagowały na widok dwóch esesmanów. Biegłam szybko, tak szybko jak to było możliwe. - Halt ! - krzyczeli cały czas - halt! -"Sowa"! - wrzasnął za mną "Zdzisław" - musimy się rozdzielić! Biegnij! Spojrzałam za siebie, jak mój kompan wbiega do jakiejś kamienicy, a za nim jeden z esesmanów. Drugi nie odpuścił i biegł dalej za mną. Strzelał kilka razy, ale nie udało mu się we mnie trafić. Skręciłam w róg kolejnej ulicy, kiedy ktoś złapał mnie za ramię i wepchnął do kamienicy. Przyciągnął mnie do ściany kamienicy, a potem spojrzał na biegnącego dalej Niemca. - Puszczaj mnie! - warknęłam na chłopaka. Miał duże niebieskie oczy, szczupłą twarz i miedziane włosy, roztrzepane na wszystkie strony. Nie poznałabym go gdyby się nie uśmiechnął. Puścił moje ramię. - Janek? - spytałam - Janek Bytnar? - Teraz "Rudy" - odparł wkładając ręce do kieszeni spodni - a ty jesteś Hania Sowińska? Mieszkałaś w tej samej kamienicy, co "Alek". Kiwnęłam głową zgarniając włosy z czoła. Nie mogłam uwierzyć, że stoi ze mną mój dawny kumpel z gimnazjum im. Stefana Batorego. Zawsze trzymał się z "Alkiem" i Tadeuszem Zawadzkim. - Teraz "Sowa" - powiedziałam - gdzie masz chłopaków? Tadka i "Alka"? - Razem z "Alkiem" jesteśmy w małym sabotażu, a "Zośka" rozsadza mosty - opowiedział "Rudy", mimo wszystko ten pseudonim do niego pasował. - "Zośka"?! - zaśmiałam się - zawsze wiedziałam, że z niego jest jakaś kobitka. Janek parsknął śmiechem. Tak zaczęła się nasza przyjaźń. Przeniosłam się w końcu do jego oddziału, ale "Grabarz" był na mnie wściekły - jego zażalenia puściłam mimo uszu. Z "Rudym" spotykałam się w kawiarni, w parku. Zawsze był uśmiechnięty, aż w końcu pewnego dnia "Grabarz dał mi powiadomienie o spotkaniu w jego mieszkaniu na Żoliborzu. Wybrałam się tam na umówioną godzinę. Zapukałam do jego mieszkania na drugim piętrze. Otworzyła mi jego żona. - Słucham? - wytarła ręce o fartuch w kaczki. - Ja ze znaczkami z poczty przyszłam. Do pana Fryderyka - podałam jej hasło. - A tak. Fryderyk dziewczyna z poczty do ciebie! - odkrzyknęła żona "Grabarza" i wpuściła mnie do domu. "Grabarz" kazał mi usiąść za stołem zastawionym wódką i kiełbasą. Spojrzałam mimowolnie na kiełbasę, ale właściciel zaraz ją zabrał ze stołu i schował do szafki. - Coś się stało? - spytałam poczęstowana wódką. - Poczekajmy jeszcze na "Jarkę" - odparł "Grabarz". "Jarka" przyszła spóźniona, ale oddziałowy na nią nie nakrzyczał. Tak działała jej uroda. Blond włosy złapane w kok i pomalowane usta na róż. Miała na sobie piękną sukienkę w grochy. Poczułam się zawstydzona, że ja byłam ubrana w niebieską sukienkę z białym kołnierzykiem, a moje włosy tak nie błyszczały w słońcu jak włosy "Jarki". - Przejdę do sedna sprawy - oznajmił "Grabarz" - dostałem list z Anglii. Szukają kandydatów do ich wojsk, nawet kobiet. Pomyślałem o was. Razem z "Jarką" spojrzałyśmy po sobie jak dwie rywalki. Chciałam walczyć tu, w Polsce, a nie w Anglii. Powiedziałam to "Grabarzowi", ale on tylko spojrzał z pożądaniem na moją towarzyszkę i pstryknął głośno palcami. - Dziewczyny tu nie chodzi o jakieś tam wojsko w Anglii. Oni przyjmują tam wszystkich chętnych i młodych. Szkolą i wysyłają do kraju już przeszkolonych na żołnierzy Armii Krajowej na spadochronach. Nazywamy ich Cichociemni - wyjaśnił po chwili - chcecie tam jechać czy wolicie zostać w Warszawie i rysować dalej po murach. Bez broni w ręce. Zamyśliłam się na moment. Myślałam o "Rudym", bardzo go lubiłam, ale to była tylko przyjaźń. Pozostawanie w kraju nie wiązało się z żadną przyszłością dla małego sabotażu. "Grabarz" miał rację, co możemy zrobić bez broni w dłoniach? - Przyjmuję - oznajmiłam patrząc na "Jarkę" - a ty? Spojrzała na mnie tak wrednie, że aż poczułam ciarki na plecach. "Jarka" nalała sobie wódki do kieliszka. - A co mam być gorsza?. Kiedy będzie przydział do wyjazdu? - spytała.
Czytaj także:
|

