| Cichociemni - pomoc, która nadeszła z nieba |
|
Marlena Jeżewska Cichociemni - pomoc, która nadeszła z niebaGeneza łączności lotniczej i szkolenia
Atak III Rzeszy na Polskę rankiem 1 września 1939 r. rozpoczął się zgodnie z planem Fall Weiss, a więc bez formalnego wypowiedzenia wojny. Choć sytuacja wydawała się beznadziejna, gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski przystąpił do formowania tajnej organizacji wojskowej pod nazwą Służba Zwycięstwu Polski (SZP), zaraz po otrzymaniu pełnomocnictw do kierowania konspiracyjną walką od gen. Juliusza Rómmla. 13 listopada 1939 r. gen. Władysław Sikorski w miejsce SZP powołał Związek Walki Zbrojnej (ZWZ) z Komendantem Głównym gen. Kazimierzem Sosnkowskim na czele. W tym trudnym momencie, priorytetem dla Sztabu Naczelnego Wodza we Francji stało się nawiązanie stałej łączności z okupowanym Krajem. Lądowy szlak kurierski był sprawdzonym sposobem przenoszenia wiadomości ale często zawodził, ponieważ droga emisariuszy do okupowanej Polski wiodła przez kilka granic, co czyniło ją niebezpieczną. Co więcej, 10 czerwca 1940 r. Włochy zerwały stosunki dyplomatyczne z Polską. Oznaczało to, że trasa włoska została zamknięta i trzeba będzie budować dłuższe, a co za tym idzie - niebezpieczniejsze trasy. Łączność radiowa natomiast wymagała sprawności urządzeń technicznych, które zapewniłyby stałe i pewne połączenie linii Warszawa - Paryż. Istniała jeszcze trzecia możliwość, która oprócz sprawnego sprzętu wymagała pionierów. I choć początkowo niechętnie odnoszono się do łączności lotniczej, która de facto nie miała koncepcji, w niedalekiej przyszłości wyszkoleni na terenie Wielkiej Brytanii skoczkowie udowodnili sceptycznie nastawionym oficerom sztabu, że podjęcie tego mgliście jawiącego się przedsięwzięcia było doskonałą decyzją.
Niepowodzenie pierwszej inicjatywy nie przesądziło o pogrzebaniu pomysłu szkolenia skoczków. W grudniu 1939 r. do Paryża przybyli kpt. Jan Górski i kpt. Maciej Kalankiewicz. Zdając sobie sprawę, że okupowany Kraj potrzebuje pomocy starali się wykorzystać wszelkie okazje by walczyć o ojczyznę. Przystępując do organizowania lotniczej pomocy dla ojczyzny, jako cel postawili sobie nie tylko doraźną pomoc w łączności ale starali się, by podjęta działalność posłużyła za środek masowego przerzutu Wojska Polskiego z Zachodu w momencie wybuchu powszechnego powstania zorganizowanego przez ZWZ. Przełomowym momentem okazało się spotkanie z kpt. dypl. Janem Jaźwińskim, zaznajomionym z zagadnieniami łączności z Krajem w KG ZWZ, który poparł "chomików"5. Nowatorski pomysł zyskał również uznanie Zofii Leśniowskiej, córki gen. Sikorskiego, która starała się przekonać ojca do projektu polskich kapitanów. Pomysłodawcy nie ociągali się z realizacją planu bowiem kpt. Górski już 30.XII.1939 r. złożył w sztabie pierwszy raport w sprawie wykorzystania skoczków do walki z okupantem. Niestety pozostał on bez odpowiedzi, podobnie jak kolejny z 21.I.1940 r. Dopiero raport z 14.II, którego współautorem był kpt. Kalankiewicz skłonił gen. Sosnkowskiego do podjęcia działań. Być może załącznik będący wykazem szesnastu nazwisk ochotników gotowych drogą powietrzną dostać się do Kraju skłonił przełożonego do udzielenia odpowiedzi. Komendant ZWZ, odpowiedzialny za łączność z okupowaną Polską 21.II przesłał raport do Dowódcy Lotnictwa gen. Józefa Zająca z prośbą o umożliwienie przeszkolenia chętnych na kursach desantowych. Swoją prośbę motywował takimi słowami: W przyszłości, po przeszkoleniu, reflektuję na użycie ich przed powstaniem jako pojedynczych kurierów desantowców, wykorzystując w tym celu w pierwszym rzędzie raidy angielskie nad Polską lub loty własnych aparatów. Na wypadek powstania przewiduję użycie wszystkich przeszkolonych do desantu w Polsce6. Zdawać się mogło, że odpowiedź gen. Zająca z 17.IV położy kres tym śmiałym planom bowiem pisał on, że polskie lotnictwo nie dysponuje odpowiednimi maszynami, przedsięwzięcie jest niezmiernie trudne7. Nie spowodowało to jednak przerwania prac studialnych. Po przeniesieniu w V.1940 r. do biura gen. Sosnkowskiego, kapitanowie dopracowywali swą koncepcję łączności lotniczej z okupowanym Krajem. Brak doświadczenia Polaków w desantowaniu spadochroniarzy zmusił pomysłodawców do opierania swych badań na materiałach o niemieckich wojskach spadochronowych, które zdobył wywiad. Owocem pracy "chomików" były opracowania szczegółowo poruszające wykorzystanie drogi powietrznej do łączności i transportów wojskowych. Powodzenie w realizacji planu kapitanów przebywających we Francji nie byłoby możliwe gdyby nie oddolna chęć krajowych grup lotniczych, które po kampanii wrześniowej z chęcią zaangażowały się w działalność konspiracyjną. Na szczególną uwagę zasługuje zespół oficerów zawodowych "Gozdawa" na czele którego stał ppłk dypl. Bernard Adamecki działający pod pseudonimami: "Gozdawa", "Bocian", "Parasol". Po powołaniu przez gen. Stefana Roweckiego wiosną 1940 r. w Oddziale V Sztabu wydziału o nazwie Szefostwo Lotnictwa lub Komenda Główna Lotnictwa przeszło pod kierownictwo "Gozdawy". Podjęło ono działania, które miały na celu przede wszystkim rozpoznanie czy wykonanie zrzutów na terenie okupowanego Kraju jest możliwe oraz wyszukanie placówek odbiorczych i lądowisk. Ponadto skupiono się na nawiązaniu współpracy z Oddziałem I aby uzgodnić przerzut lotników do Francji oraz z Oddziałem II, który miał się zająć organizacją wywiadu lotniczego na terenie Kraju. Chodziło tu przede wszystkim o zewidencjonowanie wszystkich informacji na temat jednostek lotniczych okupanta niemieckiego. Do zadań Oddziału II należało również poszukiwanie pierwszych cichociemnych. Etymologia tego miana nie jest do końca znana. Prawdopodobnie zrodziło się ono już w czasie ćwiczeń dywersyjnych od tego, że wszelkie akcje spadochroniarzy Armii Krajowej miały odbywać się nocą przy zachowaniu jak największej ostrożności, a więc po cichu8. Stąd kursanci zaczęli sami siebie nazywać cichociemnymi. Pierwszym dokumentem, który nazywa w ten sposób skoczków jest instrukcja Oddziału VI z IX.1941 r.9. Powróćmy jednak do Oddziału II, który zajął się również stroną techniczną planowanych skoków, szereg sugestii wysunął m.in. gen. Rowecki: Na dowódcę trzeba wyznaczyć starszego lotnika z dużym doświadczeniem w lotach nocnych. [...] należy przygotować i przestudiować zrzucanie meldunków i sprzętu na spadochronach w nocy. Wskazane będzie umocowanie małych, przyćmionych lampek elektr., które by ułatwiały odszukanie przesyłki, lecz nie były z większej odległości widoczne10. Rok 1940 to czas kiedy organizacja zrzutów skoczków z Anglii nabrała tempa i zainteresowała wiele środowisk. Gen. Rowecki w 18.IV zawiadomił bazę o kryptonimie "Romek" w Bukareszcie o prowadzonych przygotowaniach lotniczych w Kraju. Od 29.V - 2.VI odbyło się spotkanie przedstawicieli KG ZWZ z delegatami baz łączności oraz konspiracji krajowej w Belgradzie na którym szczegółowo omówiono wdrożenie w życie planu desantowania skoczków. Rozmowy zakończyły się powodzeniem bowiem uzgodniono, że tuż po skoordynowaniu elementów organizacyjno - technicznych oraz po uzyskaniu potrzebnego sprzętu będzie można rozpocząć szkolenie chętnych i wykonać pierwszy zrzut do Kraju. Belgradzkie rozmowy, które przypieczętowały powstanie oddziałów specjalnie wyszkolonych skoczków zbiegły się w czasie z klęską Francji. To wydarzenie miało nie mały wpływ na realizację powziętych prac, bowiem rosły obawy, że wraz z kapitulacją Francji ostatecznie upadną szanse na sfinalizowanie projektu łączności lotniczej. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Przeniesienie Sztabu Naczelnego Wodza do Wielkiej Brytanii było równoznaczne ze znacznym utrudnieniem w lądowej łączności kurierskiej, a więc konieczne było poszukiwanie innych dróg, które umożliwiłyby nawiązanie kontaktu z Polską. Śmiało można powiedzieć, że Anglia sprzyjała o wiele bardziej w realizacji pionierskich zamierzeń Polaków. Najlepszym tego przykładem jest wydarzenie z 16.VII.1940 r., bowiem w tym dniu premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill powołał dywersyjną organizację SOE - Special Operations Executive czyli Kierownictwo Operacji Specjalnych. Jego zadaniem było nawiązanie współpracy z europejskim podziemnym Ruchem Oporu. Drugą decyzyjną osobą nowo powstałej organizacji obok Hugha Daltona był dyrektor do spraw operacji Colin Mc Gubbins, który z wielką przychylnością odnosił się do Polaków11. Nic więc dziwnego, że SOE bardzo szybko nawiązała współpracę z Oddziałem VI Sztabu Głównego. Sprowadzała się ona m.in. do pokrycia części potrzeb finansowych i dostawy sprzętu12. Kapitanowie Górski i Kalankiewicz tuż po przybyciu do Wielkiej Brytanii przystąpili do nowelizacji opracowania z 1940 r. o tytule Użycie lotnictwa dla łączności i transportów wojskowych drogą powietrzną do Kraju oraz dla wsparcia powstania. Stworzenie jednostek wojsk powietrznych. Prace kpt. Kalankiewicza nie kończyły się jedynie na pozyskaniu osób decyzyjnych. Starał się on również działać w kołach wojskowych, służyć temu miał jego referat zatytułowany O zdobywczą postawę polskiej polityki. Autor tekstu odwoływał się m.in. do poczucia patriotyzmu: Musimy krzewić wśród Nas ducha zdobywców, a psychikę obrony i cierpiętnictwa zmienić w wolę zwycięstwa13. Działania kpt. Kalankiewicza spotkały się z entuzjazmem szefa Oddziału III - operacyjnego - płk dypl. Andrzeja Mareckiego. Powierzył on "chomikowi" przygotowanie założeń dla nowej komórki sztabowej, która miała zająć się zagadnieniem wojsk spadochronowych. Dobre wiadomości przyszły od samego gen. Sikorskiego, który 20.IX przy pośrednictwie córki umówił się z kpt. Kalankiewiczem na rozmowę. Jej przebieg dla zapalonego pomysłodawcy był szczególnie pomyślny bowiem zapadła ważna decyzja, a mianowicie postanowiono rozpocząć formowanie pierwszej polskiej jednostki spadochronowej, by jak najszybciej zrzucić ją do Kraju. W X.1940 r. przy Oddziale III Sztabu powołano pięcioosobowy wydział studiów i szkolenia wojsk spadochronowych na czele z ppłk dypl. Wilhelmem Heinrichem. Działali w nim również kapitanowie Górski i Kalankiewicz oraz oficerowie lotnictwa: ppłk. Stefan Olszewski i Lucjan Fijuth. Zadaniem nowo powstałego wydziału było opracowanie planów werbunku i szkolenia cichociemnych. Oprócz tego cały czas pracowano nad udoskonalaniem zasad łączności lotniczej z krajem. Zwieńczeniem długotrwałych starań "chomików" było zorganizowanie pierwszego polskiego kursu spadochronowego w Ringway pod Manchesterem w Brytyjskim Ośrodku Spadochronowym Central Landing School (Centralna Szkoła Desantowa)14, wzięło w nim udział 12 polskich oficerów. Wkrótce potem Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza podjął działania werbunkowe i szkoleniowe ochotników. Nocą z 15/16.II.1941 r. zrzucono pierwszą ekipę skoczków do okupowanego Kraju przy wykorzystaniu dwusilnikowego bombowca Armstrong Whitley pod kryptonimem "Adolphus" - ekipa "0". Był to podwójny debiut: pierwszy zrzut do Polski wyszkolonych cichociemnych i pierwsza operacja SOE w okupowanej Europie. Skoczyli wówczas: mjr Stanisław Krzymowski ps. "Kostka", rotmistrz Józef Zabielski ps. "Żbik" oraz kurier polityczny Czesław Raczkowski ps. "Orkan"15. Kapitan Kalankiewicz tuż przed skokiem do okupowanego kraju postarał się również o ustanowienie dla istniejących polskich wojsk spadochronowych specjalnego znaku. Jego opracowanie powierzono polskiemu rysownikowi Marianowi Walentynowiczowi. 20.VI.1941 r. Wódz Naczelny złożył podpis na rozkazie ustanawiającym Znak Spadochronowy, którym został spadający do walki orzeł. 8.VII.4940r. w Wielkiej Brytanii z rozkazu Naczelnego Wodza powstał w Sztabie Głównym Oddział VI Specjalny współpracy z Krajem, który zajął się rekrutacją skoczków. Do działalności na terenie okupowanej Polski zgłosiło się 2413 kandydatów. Kurs spadochronowy łącznie ukończyło 606 osób, spośród których 579 osób zostało uznanych za gotowych do przerzutu16. Na tereny okupowanego Kraju trafiło 316 cichociemnych. Zapotrzebowanie Kraju na specjalistów o różnorodnych umiejętnościach przyczyniło się do szkolenia na terenie Wielkiej Brytanii trzech grup skoczków. Każdą z nich przygotowywano inaczej. Jedynym wspólnym elementem dla wszystkich kandydatów był kurs spadochronowy i odprawowy. Pierwszą grupę stanowili specjaliści od fałszerstwa dokumentów, wywiadu i łączności. Druga grupa to skoczkowie, którzy mieli wspomagać odradzające się Siły Zbrojne w kraju aby wykorzystać je w momencie wybuchu powszechnego powstania. Stanowili ją zatem lotnicy, instruktorzy i dowódcy oddziałów. Ostatnia, trzecia grupa gromadziła kurierów, emisariuszy politycznych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych do Delegatury Rządu. Na ilość szkolonych kandydatów z poszczególnych grup miały wpływ przede wszystkim plany operacyjne. W okresie zrzutów od 15.II.1941 r. do 28.XII.1944 r. na teren okupowanego Kraju zrzucono: 37 - specjalistów wywiadu, 50 - łączności, 24 - oficerów sztabu, 22 - z służb lotniczych, 11 - instruktorów pancernych i przeciwpancernych, 3 - fałszerzy dokumentów, 169 - specjalistów dywersji oraz 28 kurierów politycznych17. Rekrutacją ochotników do pracy na terenie okupowanego Kraju zajmował się Oddział VI. Zgodnie z postanowieniem szefa Sztabu Naczelnego Wodza, gen. Tadeusza Klimeckiego zaciąg był ochotniczy i kierowanie do służby w Polsce nigdy nie mogło odbywać się na podstawie rozkazu, ponieważ jego zdaniem był to wyjątkowo ciężki odcinek służby, a więc przełożony, który sam się nań nie zgłasza, nie ma moralnego prawa jej nakazywać18. Nawet gdy wytypowani przez dowódców wojskowi odmawiali skoku do Kraju nie spotykały ich żadne negatywne konsekwencje. Jeśli jednak kandydat podejmował wyzwanie koniecznie musiał wyrazić zgodę na piśmie. Kolejnym krokiem weryfikacji chętnego było pogłębienie wiadomości na jego temat w Oddziale Personalnym Sztabu Naczelnego Wodza oraz w kontrwywiadzie. Ostateczna decyzja należała do szefa Oddziału VI. Choć nabór polegał na indywidualnym zgłoszeniu stosowano surowe kryteria oceny. Wiązało się to z wysokim ryzykiem działalności na terenie Kraju. Z tego powodu oprócz doskonałego stanu fizycznego o przyjęciu kandydata na kurs stanowiły także predyspozycje psychiczne, refleks, determinacja, a także umiejętność podejmowania natychmiastowych decyzji bez chwili wahania, która w praktyce mogła okazać się zgubna. Nawet gdy opinia szefa Sztabu Naczelnego Wodza była pozytywna nie oznaczało to, że chętny ukończy kurs, bowiem kolejną selekcją było samo szkolenie, które zakończył jedynie co czwarty kandydat. Na program szkolenia cichociemnych składały się cztery grupy kursów: zasadnicze, specjalnościowe, uzupełniające i praktyki. Skoczkowie, których przygotowywano na dywersantów byli zobowiązani do przejścia pięciu kursów zasadniczych. Pierwszym z nich był kurs zaprawy dywersyjno-minerskiej, na którym hartowano fizycznie i uczono terenoznawstwa, dżu-dżitsu, sprawnego strzelania z broni ręcznej oraz posługiwania się środkami minerskimi. Początkowo kurs był prowadzony w Inverlochy Castle, natomiast w latach 1942-1944 przejęła go STS 25 w Invernesshire. Zajęcia prowadzili instruktorzy zarówno angielscy jak i polscy - m.in. kpt. Antoni Strawiński, prof. Stefan Kaczmarek, por. inż. Aleksander Legini. Ten pierwszy etap szkolenia często okazywał się dla kursanta ostatnim, bowiem jego nieukończenie chociażby z powodu przypadkowego zranienia dyskwalifikował kandydata z dalszego szkolenia. Kolejnym krokiem był kurs badań psychotechnicznych, zorganizowany przez Anglików. Prowadzono go w STS 7A pod Guilford. Trwał od jednego do dwóch tygodni. Po jego zakończeniu kandydaci przystępowali do zaliczenia kursu spadochronowego, który obejmował zaprawę spadochronową, a następnie skoki. Zajęcia praktyczne mogły odbywać się w dwóch przygotowanych do tego ośrodkach na terenie Wielkiej Brytanii. Pierwszym z nich był brytyjski ośrodek treningowy w Ringway pod Manchesterem gdzie znajdowała się STS 51 - wtedy szkolenie trwało tydzień, lub w polskim ośrodku w Largo House pod Leven zwanym "Małpim Gajem" w którym kandydaci byli poddawani treningowi przez dwa, a nawet cztery tygodnie. Polski ośrodek swą potoczną nazwę zawdzięcza okalającym go starym dębom, które tworzyły atmosferę gaju, natomiast druga jego część czyli "małpi" bierze swój początek od ćwiczeń, które wymagały od cichociemnych małpiej zręczności. Jednym z zadań, które stawiano przed kursantami było przedostanie się z drzewa na drzewo bez wykorzystania czyjejkolwiek pomocy i sprzętu pomocniczego. Cichociemny miał prawo posługiwać się tylko gałęziami drzew. Jak pisze Stefan Bałuk to właśnie upodabniało nas do małp, skaczących do drzewach19. Polski ośrodek słynął także z toru przeszkód pełnego różnorodnych utrudnień, które należało pokonać w wyznaczonym czasie. Jednak najważniejszym ćwiczeniem w Largo House były skoki z "trapezu śmierci", który zwany był tak od momentu kiedy jeden z kursantów stracił na nim życie. Polegało ono na tym, że przywiązany kursant do metalowego ramienia o długości sześciu metrów huśtał się, a instruktor wprawiał go w ruch wahadłowy. W nieznanym dla skoczka momencie pasy, którymi był przypięty odłączały się od trapezu. Zadaniem kursanta było zrobienie przewrotki tak, by siłę uderzenia w momencie lądowania rozłożyć na długość całego ciała. Ćwiczenia prowadzone w Largo House były chyba jednym z największych wyzwań w okresie szkolenia. Świadczą o tym zaprezentowane poniżej rysunki humorystyczne Stana Kowalczewskiego opublikowane w jednodniówce Najkrótszą drogą, które w sposób żartobliwy opowiadają o niebezpieczeństwach czyhających na skoczków podczas codziennych treningów.
Ryc. 220 Ćwiczenia spadochronowe w Largo House miały za zadanie wyrobić w kursantach odpowiednie ułożenie ciała do wyskoku oraz automatyczną reakcję na rozkaz instruktora "Go!" czyli "Idź!". Koniecznie było także ćwiczenie skoków. W tym celu Polacy wybudowali pierwszą na terenie Wielkiej Brytanii wieżę spadochronową. Obowiązkiem każdego kandydata przebywającego w Ringway było wykonanie przeciętnie 5 skoków w tym jednego nocą. Nie było to jednak stałe założenie, bowiem programy szkolenia często ulegały modyfikacji, a mianowicie np. w 1944 r. liczbę skoków zwiększono do 8, gdzie 2 stanowiły skoki z balonu, 5 dziennych z samolotu i 1 nocny21. Od I.1944 r. do wyżej wymienionych ośrodków szkoleniowych dołączyła Baza Nr 10 we Włoszech.
Przypisy
|




