|
Cytat pochodzi z kolędy "Zobacz, gwiazda spadła już" Krzysztofa Krawczyka. Polecam, bo jest piękna.
Opowiadanie powstało w trakcie trzeciego sezonu, potem tylko uściśliłam kilka spraw. Spojlerów do piątego sezonu brak - głównie dlatego, że nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, co w piątym będzie. Mimo to mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba.
Blask ciemnieje
Już pod progiem czeka noc Za oknami gwiżdże wiatr Tę melodię dobrze znasz Usypiała często nas
*
Koniec roku 1945 nie wydaje się ani trochę mniej ponury niż minione lata pod okupacją hitlerowską. Warszawa wciąż jest jednym wielkim grobem, z wrakami domów i z ulicami od miesięcy zawalonymi gruzem. Jeszcze długo będzie trwała odbudowa stolicy. Przetrwały tylko piwnice i sutereny, w których błyskają teraz płomyki świec i zachowanych lamp naftowych, a w zburzonych lub świeżo odbudowanych dzielnicach, gdzie już udało się podłączyć elektryczność - zapalają się żarówki. Blasku kolorowych choinek nie widać niemal nigdzie. Wieczorami zdaje się, że nie pozostała tu ani żywa dusza, to ryzykowne wychodzić, bo przecież w każdym zaułku nawet w wigilię Bożego Narodzenia można oberwać cegłą od chuligana. Pustą uliczką między gruzami spieszy para z małym dzieckiem. On w skórzanej kurcie, z córką w wytartym kożuszku siedzącą mu na plecach, ona w starym płaszczu uszytym z koca. Janek z Leną i niespełna dwuletnią Sabinką. - Szybciej. Spóźnimy się - pogania Lena półgłosem. Wciąż nie potrafi podnieść głosu w tym cichym mieście, mieście umarłych ludzi i umarłych nadziei. Wieczorami cisza w Warszawie zdaje się martwa, tylko pourywane rynny i sterczące blachy dzwonią posępnie jak na cmentarzysku. Światełka w oknach sprawiają wrażenie zniczy. - Chyba kolacji nam nie zjedzą - żartuje Janek. Szkło trzeszczy pod butami, namiastka śniegu, który w tym roku na Boże Narodzenie spadł wyjątkowo skąpo. Cieniutka biała warstewka nie okrywa warszawskich ruin. Zmrok gęstnieje z minuty na minutę, posępne chmury wiszące nad Warszawą sprawiają, że jest jeszcze ciemniej. Ulice opustoszały, z rzadka tylko można spotkać przemykającego człowieka - zupełnie inaczej niż za dnia, gdy panuje wokół rozgardiasz jak na targowisku. Gdzieś w wejściu do zburzonej kamienicy staje kobieta opatulona chustami i nalewa przechodniom grochówki z wielkiego gara. Wokół niej znikąd pojawiają się ludzie zwabieni gwarem i zapachem wodnistej zupy. To dość daleko, ale nawet Lena z Jankiem wyczuwają woń rozgotowanego grochu, naprawdę krzepiącą w grudniowym mrozie. - A tak czekaliśmy na koniec wojny? - odzywa się Lena cicho i nagle musi wziąć Janka za rękę, by upewnić się, że mimo wszystko żyją.
|