Strona główna Świadkowie czasu honoru Robert Karbowniczek - wspomnienia z Sybiru
Robert Karbowniczek - wspomnienia z Sybiru
Wpisany przez Marta, Wałcz   
czwartek, 26 czerwca 2014 08:22

Wspomnienia Pana Roberta Karbowniczka - przewodniczącego Związku Sybiraków w Wałczu.

Sybir - miejsce które Polakom od dawna kojarzy się bardzo źle. Kiedy zaczęły się rozbiory Polski, to Rosjanie, imperium Rosyjskie skazywało właśnie tam na zesłanie patriotów polskich i tych, którzy chcieli wyzwolić się spod okupacji naszych zaborców. Tak było do ostatniej wojny. (...)

Wiecie o tym doskonale, że wojna wybuchła 1 września 1939 roku, II wojna światowa, wojna ,którą rozpoczęli Niemcy napadając na Polskę. Ale tydzień przed tą datą, 23 sierpnia, ministrowie Niemiec i Związku Radzieckiego zawarli układ, taki pakt o nieagresji, a równocześnie traktat tajny ,w którym było powiedziane, że rozpoczynają rozbiór Polski, dokonują IV rozbioru Polski. Niemcy mają opanować tereny od Wisły do Bugu, z drugiej strony Rosjanie. (...)

Rosjanie stosowali odpowiedzialność zbiorową. Jeżeli mój tata był kierownikiem szkoły, został aresztowany, to już po pewnym czasie, to trwało 3 miesiące, przyszli do nas i nas aresztowali. I tak było, ci którzy w jakiś sposób sprzeciwiali się władzy, byli aresztowani, a ich rodziny wysyłane na Sybir. Pierwsza wywózka 10 lutego 1940 roku, druga 17 kwietnia, trzecia - czerwiec 40-go roku i czwarte czerwiec 1941 rok. Statystyki pokazują, że na 100 ludzi będących w obozach 3 nie wracało, tutaj natomiast, z Syberii, na każdych wywiezionych 100 ponad 30 tam zostało. Co się działo dalej w zarysie historycznym, w 1941 roku został utworzony rząd na uchodźstwie i Sikorski z Ministrem Spraw Zagranicznych Rosji zawarli porozumienie, że Polacy mogli tworzyć wojsko. Tak powstał korpus dowodzony przez generała Andersa. Ludzie ci byli zgromadzeni w Kazachstanie i ta armia później została wprowadzona do Persji.

W 1943 roku Niemcy odkryli olbrzymią zbrodnię armii sowieckiej na polskich oficerach, na pewno słyszeliście o Katyniu, w tym Katyniu i innych miejscowościach zostało zamordowanych ponad 22 tysiące polskich oficerów, policjantów, pracowników pogranicza. Cała inteligencja została zastrzelona. Jeśli ktoś oglądał film "Katyń", widział jak to się odbywało. Ludziom zakładano na głowę worek, strzał z reguły w tył głowy... Rosjanie powiedzieli, że to jest sprawa Niemców. I dlatego zostały zerwane stosunki dyplomatyczne z Polską. Później powstała druga armia - 1. Dywizja Kościuszkowców imieniem Tadeusza Kościuszki. (...)

1945 rok - Polska została wyzwolona, ale tylko spod okupacji niemieckiej. Polska została nadal, tak nazwijmy, pod okupacją rosyjską. O tym co się działo, ja jako Sybirak będąc w szkole, nie mogłem powiedzieć, że zostałem wywieziony na Sybir. Tak napisałem w życiorysie będąc w technikum budowlanym. Dyrektor mnie wezwał i powiedział "Kochany albo to zmienisz albo zostaniesz wyrzucony ze szkoły" Nie można było o tym mówić do 1989 roku. Taki to jest ten rysik historyczny.

To teraz może powiem o tym co ja przeżyłem jako uczestnik. Rok 1940, jest noc. Łomot do drzwi. Przychodzi czterech "enkawudzistów"(NKWD) i aresztują ojca mego, mama była wówczas w ciąży, miałem mieć braciszka drugiego. Ojca zabrali. Ojciec wychodząc wziął mnie jeszcze na ręce, byłem młody, 5 lat miałem, powiedział "synku jeszcze się w życiu zobaczymy", ale nie zobaczyliśmy się już. Trzy miesiące później też noc, godzina 2 w nocy, taki był zwyczaj Rosjan, łomot do drzwi, wchodzą, też z tej samej jednostki z NKWD, polecenie: "pół godziny, zebrać się , wyjeżdżacie". "Dokąd ?" "Zobaczycie, brać dużo jedzenia i ciepłe rzeczy". Wyobraźcie sobie teraz, 5 osób w pół godziny zebrać się i wyjazd. Ładują nas do pociągów. (...) Co można było zabrać ze sobą? Nie można było czegoś spakować, aby wrzucili na samochód, czy na sanie, czy żeby ktoś to poniósł. Można było zabrać ze sobą tylko to, co się uniosło. Do tych wagonów nas zamknięto, zakorkowane okna i pociąg rusza. Później u nas, myśmy spali na górze, było bardzo gorąco, ja wyjeżdżałem latem w czerwcu, wielki krzyk się zrobił, to jedyne okienko nam otworzyli. Najgorzej u nas było z pragnieniem, ludzie umierali z pragnienia. Ci co wyjeżdżali w lutym padali z mrozu, nie było żadnego ogrzewania. Podróż trwała od trzech do pięciu tygodni, wyobraźcie sobie w takim pociągu się jedzie, ani wyjść, ani nic, bez żadnego ogrzewania, jeżeli ktoś wycieńczony siedział oparty o ścianę wagonu zdarzało się, że był już przymarznięty. Na przystankach otwierały się drzwi, przynosili nam tak zwany wrzątek (sama gorąca woda) i nic więcej. Jednocześnie pojawiało się pytanie kto umarł? Za ręce za nogi takich, na śnieg i jedziemy dalej. Nie można było pogrzebać nikogo, bo nie było czasu.

Tam, gdzie ja byłem jechaliśmy 5 tygodni. Przyjechaliśmy do takiego miasta na Syberii nad rzeką Ob. Zapakowano nas na statek. Statek drewniany. Popłynęliśmy w górę rzeki 250 km do miasta Kamień. Wyładowano nas i przyszli (ja to nazywam) ich "kupce". To znaczy zarządcy jakichś zakładów pracy i brali do siebie najemną siłę roboczą, bezpłatną naturalnie. Myśmy akurat źle trafili, trzy dziewuszki, mama i ja jako 5- letni chłopak. Trafiliśmy w efekcie do "Brygady" od tego Kamienia odległej o jakieś 40 km i to było w lesie. "Nowa brygada" to były baraki, w których mieszkało 25 ludzi. Ten barak, on był z desek zrobiony, na zimę był okładany wszelkiego rodzaju trawą, nawozem od zwierząt, no bo przychodziła później zima. Przyszła zima, zasypało nas. Było jedno okienko bardzo malutkie ja akurat obok tego okienka byłem. Cały cykl rozrodczy myszy widziałem. Leżały i jadły i się kociły. Z tego miejsca w przyszłym roku wyrzucono nas do "Starej brygady", my tam byliśmy z jedną rodziną polską. U nich zmarło wtedy 3 osoby, dziadek babcia i ciocia. (...)

W kolejnej bazie zamieszkaliśmy z tą właśnie jedną rodziną w takim budyneczku z rosyjskim piecem. Nie wiem czy widzieliście może na filmach, bajkach ruski piec. Na tym piecu się spało. Paliliśmy w piecu nawozem(...) Gdy człowiek tam plunął na podłogę to się od razu robił lód. Jak się zawalił ten nasz budyneczek to ostatnią zimę, ostatni rok spędziliśmy u Rosjan. Był to budynek też taki barak, 6 izb i nic więcej. Ale on był z drewna, w tej jednej izbie, gdzie nas zasiedlono mieszkała babcia, córka i wnuczka. Ale u nas było już o jedną osobę mniej, bo moja siostra zmarła. (...) W jednej izbie ze zwierzętami, my z jałówką. Słuch wyczulony strasznie, jak ta jałówka robiła siusiu to od razu się zrywamy, te bety podnosimy trzeba było wytrzeć i znowu kłaść się spać. Wyobraźcie sobie jaki odór, jaki smród tam musiał być. Ale byliśmy przeszczęśliwi bo było ciepło. I stamtąd już w 1946 roku wyjechaliśmy z powrotem do Polski.

Co się działo tam na Syberii? Najgorsze plagi jakie były? Przede wszystkim głód, głód który pozbawiał człowieka myślenia, głód, który powodował, że człowiek wyglądał bardzo okazale, spuchnięty był. Wyglądało jakbyś był przejedzony, tymczasem jeśli nacisnąłeś na opuchniętą rękę, to pojawiał się dołek, i ten dołek pozostawał. Cofnąłem palec i to wgłębienie dopiero dużo później się wyrównało. Rosjanie mieli zasadę 'kto nie pracuje ten nie je'. W związku z tym dawano tym pracującym 200 gram chleba, a niepracującym dzieciom po 100 gram chleba. Chleb... ja takiego chleba nie widziałem tutaj nigdy, bo to był taki twardy taki... teraz to by człowiek nie jadł, ale to było wówczas coś wspaniałego. Do tej pory pamiętam najsmaczniejszą wigilię, najsmaczniejszą zupkę, jaką jadłem to było, jak mama zrobiła gorącej wody, posoliła i dodała gdzieś zdobytą, pokrojoną w paski cebulę. I z tym chlebem ten chłodniczek (jak myśmy nazywali), to było coś wspaniałego. Gdyby nie ci Rosjanie, ci normalni Rosjanie, nie ta władza, to byśmy tam chyba wszyscy poginęli.(...) A więc głód to była podstawowa zaraza. Dla starszych ludzi - praca, niewolnicza praca która zabijała. Ludzie pracowali po 16 po 18 godzin. Latem jako tako, zimą tragedia. Zimy trochę inne jak u nas. Tam, jak byłem na Syberii, nie ma pojęcia odwilży. Dziatwa biega "o białe muchy białe muchy". Pierwszy śnieg spada i 7 miesięcy leży, nie ma roztopów. Jeżeli przychodzi mróz - trzyma do oporu. Wielkość tego mrozu... Jeżeli był wiatr i mróz 35 stopni, albo był mróz, bezwietrzna pogoda i temperatura 45 stopni mrozu, to dopiero wtedy ludzie nie szli do pracy. Jeżeli człowiek był na dworze, to cała twarz zawinięta szparki na oczy tylko, a tutaj gdzie oddychałeś, to się robiły sople lodu. Było pojęcie jeszcze tak zwane "burjan", takie nietypowe zjawisko syberyjskie. Burjan to znaczy taka zamieć śnieżna z wilgotnego śniegu przy mrozie dajmy na to -30, -35 stopni . Jeżeli ktoś podczas tego burjana był na dworze, nie miał szans przeżyć, ginął. (...)

Śniegi, które były to zasypywały budynki całkowicie. Drzwi otwierane były do wewnątrz, nie tak jak u nas z klatki na zewnątrz. Ja początkowo też myślałem dlaczego tak jest, ale gdyby na zewnątrz to człowiek by nie wyszedł, zasypane było. (...)

Ciekawe tam było też z zapałkami. Aby zapalić coś korzystaliśmy z kości. Przeważnie kości wilka. Wybierało się właśnie taką płaską łopatkę i to się nazywało "zarzygałką." (...)

Łaźnie. Przed wejściem do takiej Łaźni wszyscy się rozbierali do naga, a na rozpalony piec wrzucało się ubrania. I to były trzaski jak z karabinu maszynowego, naturalnie nie takie głośne, wszy. Druga plaga, która niszczyła - wszy i pluskwy. Wysoka temperatura owego pieca powodowała, że te wszy pękały i stąd te trzaski. Później, jak z tej łaźni się wychodziło brało się swoje łachy i wiadomo było, że przynajmniej na ten jeden dzień byłeś odwszawiony. Z pluskwami tragedia, były wszędzie. Nie wiem czy wszyscy wiedzą, to jest taki krwiopijca, którego, jak się rozgniecie strasznie cuchnie, potężnie cuchnie, a żarłoczne jest, bez krwi człowieka potrafi przeżyć ponad rok, to jest bestia żywotna. Tam jak spaliśmy, obok miejsc do spania nalewaliśmy nafty, bo przez to nie przejdzie, ale to są bestie mądre, idzie po suficie wyczuje, że tutaj jesteś i pach spada na ciebie. No i człowiek się budził cały czerwony. (....)

I tak to było. Żyłem tam 5 lat i trzy miesiące. (...) Ruszyliśmy w Polskę. Jechało się dzień i noc bez przerwy. (...) Przejechaliśmy granicę, ludzie płakali. (...) i jechaliśmy do Szczecina, w Wałczu zatrzymaliśmy się, mama wyszła, "Oj dziadki, wiecie co, wysiadamy" i tak znaleźliśmy się tutaj w Wałczu.

DZIĘKUJĘ PANU ROBERTOWI KARBOWNICZKOWI ZA PODZIELENIE SIĘ Z NAMI PANA WSPOMNIENIAMI I WIEDZĄ ORAZ POZWOLENIE NA JEJ PUBLIKACJĘ.

Wspomnienia: Robert Karbowniczek
Spisała: Marta Adamczak
Korekta: Jolanta Adamczak

 

Ankieta

Czy Twoim zdaniem, serial przyczynił się przywrócenia pamięci o cichociemnych oraz żołnierzach wyklętych?
 

Z planu serii "Powstanie"

Ostatnie komentarze