Strona główna Świadkowie czasu honoru Piotr Lubieński "Andrzej" - powstaniec warszawski
Piotr Lubieński "Andrzej" - powstaniec warszawski
Wpisany przez Oliwia, Kielce   
piątek, 20 czerwca 2014 07:55

Warszawskie Powązki. Pamiętam, że od zawsze chciałam tu przyjechać. Jest bardzo ciepło, słońce mocno grzeje. Wokół mnóstwo ludzi - starszych, młodych, dzieci, młodzieży, weteranów... Jest pierwszy sierpnia 2013 roku. Kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Nigdy, nigdy nie zapomnę atmosfery która wtedy panowała w Warszawie. I nie chodzi mi tylko o powiewające na wszystkich ulicach biało-czerwone flagi, nie chodzi mi także o Polaków uczestniczących w obchodach.

Co wtedy czułam? Przede wszystkim jedność. Jedność z ludźmi, którzy tak jak ja chcieli podziękować i uczcić tych, którzy za białym orłem i w obronie swojego ukochanego miasta poszli w ogień.

Mijając kolejne mogiły, odczytując nazwiska z płyt nagrobnych (nierzadko mi znane z różnych książek), spotykam pana pochylonego nad grobem. Nie pamiętam, jak to się stało, że zaczęliśmy rozmawiać. Czy to ja zaczęłam, czy on? Gdy dowiedziałam się, że walczył w Powstaniu Warszawskim, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. On tam BYŁ, widział to wszystko, przeżył na własnej skórze. Dla niego zryw 1944 roku nie jest tylko częścią historii... Machinalnie wyciągam kamerę, zaczynam nagrywać...

- Nazywam się Piotr Lubieński. Brałem udział w Powstaniu Warszawskim jako żołnierz. Miałem pseudonim "Andrzej". Walczyłem w pułku "Baszta" w kompanii K1. Nasz teren walk to na ogół albo dolny Mokotów, Sielce, częściowo Czerniaków. Część mojej kompanii walczyła jeszcze na Służewcu, a potem wobec tego, że nie dała rady wykonać swojego zadania, wycofała się do lasów Chojnowskich i wróciła do Warszawy około 18 sierpnia. A potem już walczyliśmy wszyscy wspólnie razem.Patrzę na grób obok, którego stoimy.

- Czy pan ... znał...

- To był mój kolega, bardzo bliski. Ja byłem od niego trochę starszy, a on się mnie trzymał jak starszego brata. I został postrzelony w ostatnich minutach Powstania. Dokładnie 27 września na ulicy Dolnej. Byliśmy na tyle, nie wiem, głupcy, a może patrioci, trudno to powiedzieć dzisiaj. Kiedy ogłoszono, że jest kapitulacja i mamy się poddać Niemcom, cześć z nas nie chciała się z tym zgodzić. I tak jak to w takich sytuacjach, są różne informacje, nie zawsze prawdziwe. Była też tak informacja, że właśnie na ulicy Dolnej miał się bronić oddział rotmistrza "Gardy". Mówiono, że on właśnie będzie się bronił, nie uznaje kapitulacji, będzie się bronił cały dzień, a wieczorem będzie się przebijać za Wisłę. Na ogół tak było, że Niemcy atakowali w dzień, a w nocy wycofywali się do umocnionych pozycji i wtedy łatwiej było się prześlizgnąć. No i próbowaliśmy dojść do tego "Gardy", ale jakżeśmy tam doszli ( a w międzyczasie Jurek został postrzelony), okazało się, że "Garda" już wcześniej się wycofał, no bo uznał tego beznadziejność... No a my znaleźliśmy się taką małą grupką, zatrzymali nas cywile i tu ogromne dla nich podziękowanie, bo żołnierz to żołnierz, w wojsku wiedział, że może dostać " w czapę", ale cywile? Zapłacili przeogromną cenę za to Powstanie, za poparcie Powstania.

- Z perspektywy upływu czasu czy uważa pan, że to było złe, że Warszawa chwyciła za broń?

- Nie, nie to że złe. Tylko mówiąc tak naprawdę, to nie miała szans. Ogromne siły rosyjskie, ogromne siły niemieckie... Warszawa wystawiła około 32-34 tysięcy żołnierzy, a tylko w lipcu na froncie warszawskim zginęło 70 tysięcy Niemców! To ile musiało być tych żywych, prawda? To daje pewną proporcję, jak te siły były niewspółmierne. Poza tym całe wojsko żołnierzy Powstania zwyczajnie nie miało broni. Ja miałem cztery granaty i to przypadkiem tylko. Tak naprawdę, to bym nie miał nic.

- Ile miał Pan lat, jak wybuchło Powstanie?

- Siedemnaście. Jurek miał piętnaście, ja byłem starszy. Byliśmy tak naprawdę dziećmi.

- To niezwykłe, że udało się panu przeżyć...

- Było bardzo ciężko... Razem z moimi kolegami byliśmy na Dolnej i w którymś momencie zatrzymali nas cywile, bo my byliśmy z bronią, w opaskach, kombinezonach. Mówili nam: - Panowie, na następnej ulicy, w następnym budynku są Niemcy i wszystkich wygarniają. Jak was tutaj kilku z tą bronią zobaczą, w opaskach, to was rozwalą. Tak to było. Kto by się tam martwił przeprowadzeniem kilku żołnierzy do jakiegoś tam obozu... W czapę i do widzenia. No i posłuchaliśmy ich, schowaliśmy broń, zdjęliśmy ubrania, cywile dali nam swoje. A Jurek dostał postrzał z tyłu, w plecy. Strzaskaną miał prawą łopatkę. Niemcy strzelali do nas z góry i akurat jego biedaka postrzelili. Mieliśmy lekarza Gruzina. Często to była taka zbieranina - Niemcy, Chorwaci, Gruzini, Rosjanie... Naprawdę różni ludzie. Nikt przecież nie chciał siedzieć w niewoli, każdy chciał walczyć. Dziewczyny zaniosły Jurka do szpitala. Ja po kapitulacji, trafiłem nie do obozu jenieckiego (które były lepsze), tylko od obozu koncentracyjnego w Sztutowie koło Gdańska. No ale się udało, jak widać. A Jurek biedny nie przeżył, bo w tym szpitalu, jak weszli Niemcy, to lżej rannych wypędzili, a ciężej rannych zastrzelili. Co by się mieli nimi przejmować? I tak Jurek zginął. Także praktycznie zginął, jak się skończyło Powstanie. Przeżył całe, razem byliśmy w bardzo trudnych chwilach, beznadziejnych czasami i się udało. Bardzo niewielu przeżyło. Jak się skończyło Powstanie to w mojej kompanii K1 było nas dwunastu czy trzynastu zdrowych, całych (byli też ranni), natomiast jak się zaczynało Powstanie to było nas około trzystu. A wojowało w końcówce trzynastu. Część zginęło, część było rannych, część może zwiała, tego też nie wiemy, prawda? Przeżyłem. Ja to mówię, że trzeba mieć tak zwane "żołnierskie szczęście". Właściwie to nie wiadomo, dlaczego człowiek wychodzi... Czasami mówią - modlę się, to może Bóg mi pomógł. Ale jak się nie modliłem i tak się stało, to co? Przypadek, też nie można powiedzieć, że przypadek. Jeden ma szczęście, inny nie...

- Kto był pana dowódcą?

- Wspominam dobrze jednego z moich dowódców plutonowego podchorążego "Tura". Dla niego nie było ważne tylko wykonanie rozkazu, ale także oszczędzenie swoich żołnierzy. Było też kilku innych, wszyscy na szczęście przeżyli Powstanie. "Tur" był ciężko ranny w nogę, pocisk rozerwał mu kolano, przez głupotę jego dowódcy z kolei. Odjęli mu nogę, do końca życia był kaleką. Sierżant "Ran" był dwukrotnie lekko ranny, także szczęśliwie z tego wyszedł. Sierżant podchorąży "Kan" był bardzo ciężko ranny, w ogóle nie sądziłem, że on wyjdzie z tego. Dostał kulę w tył głowy, która później wyszła tuż przy ustach. Krew mu buchała, dziewczyny zaniosły go do szpitala. Ja myślałem, że nie przeżyje. Okazało się, że przeżył, miał później taką charakterystyczną dźwiękliwą mowę, wiem, bo spotkaliśmy się po wojnie...

- Dziękuję, dziękuję, że poświęcił mi Pan swój czas...

 

Ankieta

Czy Twoim zdaniem, serial przyczynił się przywrócenia pamięci o cichociemnych oraz żołnierzach wyklętych?
 

Z planu serii "Powstanie"

Ostatnie komentarze