Strona główna Nasze opowiadania Blask ciemnieje (opowiadanie powojenne)
Blask ciemnieje (opowiadanie powojenne)
Wpisany przez Daria W.   
wtorek, 07 sierpnia 2012 11:10

Cytat pochodzi z kolędy "Zobacz, gwiazda spadła już" Krzysztofa Krawczyka. Polecam, bo jest piękna.

Opowiadanie powstało w trakcie trzeciego sezonu, potem tylko uściśliłam kilka spraw. Spojlerów do piątego sezonu brak - głównie dlatego, że nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, co w piątym będzie.
Mimo to mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba.


Blask ciemnieje

Już pod progiem czeka noc
Za oknami gwiżdże wiatr
Tę melodię dobrze znasz
Usypiała często nas


*

Koniec roku 1945 nie wydaje się ani trochę mniej ponury niż minione lata pod okupacją hitlerowską. Warszawa wciąż jest jednym wielkim grobem, z wrakami domów i z ulicami od miesięcy zawalonymi gruzem. Jeszcze długo będzie trwała odbudowa stolicy. Przetrwały tylko piwnice i sutereny, w których błyskają teraz płomyki świec i zachowanych lamp naftowych, a w zburzonych lub świeżo odbudowanych dzielnicach, gdzie już udało się podłączyć elektryczność - zapalają się żarówki. Blasku kolorowych choinek nie widać niemal nigdzie.
Wieczorami zdaje się, że nie pozostała tu ani żywa dusza, to ryzykowne wychodzić, bo przecież w każdym zaułku nawet w wigilię Bożego Narodzenia można oberwać cegłą od chuligana.
Pustą uliczką między gruzami spieszy para z małym dzieckiem. On w skórzanej kurcie, z córką w wytartym kożuszku siedzącą mu na plecach, ona w starym płaszczu uszytym z koca. Janek z Leną i niespełna dwuletnią Sabinką.
- Szybciej. Spóźnimy się - pogania Lena półgłosem. Wciąż nie potrafi podnieść głosu w tym cichym mieście, mieście umarłych ludzi i umarłych nadziei. Wieczorami cisza w Warszawie zdaje się martwa, tylko pourywane rynny i sterczące blachy dzwonią posępnie jak na cmentarzysku. Światełka w oknach sprawiają wrażenie zniczy.
- Chyba kolacji nam nie zjedzą - żartuje Janek. Szkło trzeszczy pod butami, namiastka śniegu, który w tym roku na Boże Narodzenie spadł wyjątkowo skąpo. Cieniutka biała warstewka nie okrywa warszawskich ruin.
Zmrok gęstnieje z minuty na minutę, posępne chmury wiszące nad Warszawą sprawiają, że jest jeszcze ciemniej. Ulice opustoszały, z rzadka tylko można spotkać przemykającego człowieka - zupełnie inaczej niż za dnia, gdy panuje wokół rozgardiasz jak na targowisku.
Gdzieś w wejściu do zburzonej kamienicy staje kobieta opatulona chustami i nalewa przechodniom grochówki z wielkiego gara. Wokół niej znikąd pojawiają się ludzie zwabieni gwarem i zapachem wodnistej zupy. To dość daleko, ale nawet Lena z Jankiem wyczuwają woń rozgotowanego grochu, naprawdę krzepiącą w grudniowym mrozie.
- A tak czekaliśmy na koniec wojny? - odzywa się Lena cicho i nagle musi wziąć Janka za rękę, by upewnić się, że mimo wszystko żyją.


*

W mieszkaniu Konarskich jest cicho, mimo że wszyscy pilnie pracują. Maria z Rudą krzątają się po kuchni, a Władek zdziera nożem ciemny grzyb ze ścian sypialni, która zastępuje zniszczony podczas bombardowania pokój dzienny. Trze metalem o tapety z każdą chwilą coraz bardziej nerwowo.
- Tylko nie zniszcz tapet! - woła Maria. Stara się, by jej głos brzmiał radośnie, ale nie potrafi, zbyt wiele w nim goryczy. Nie chciałaby ponurym nastrojem zepsuć tego pierwszego wspólnego od lat Bożego Narodzenia. Tylko że wcale nie jest wspólne, skoro brakuje...
Ruda także się uśmiecha, ale dziś jej uśmiechy są płytkie, takie zupełnie na powierzchni skóry.
- To walka z wiatrakami! - odkrzykuje Władek. - To cholerstwo się wżarło, a i tak narośnie za kilka dni! - Ale nie przerywa pracy, bo polecenie matki jest świętością.
Jeszcze przed dziewięcioma miesiącami ich mieszkanie przypominało pobojowisko: korytarz i klatka schodowa w gruzach, zawieszony w przepaści gabinet, rozwalone ściany w pokoju dziennym i w sypialni chłopców. Ostały się jedynie małżeńska sypialnia, kuchnia i łazienka, czyli akurat tyle, by jakoś żyć.
Maria wspomina, że nie wiedziała wtedy, w co włożyć ręce. Z połamanych mebli złodzieje zdążyli już wynieść co potrzebniejsze rzeczy - zwłaszcza kołdry, pościele, koce, ubrania. Pozostały tylko nadpalone obrazy, zniszczone pamiątki i skorupy naczyń. I całe sterty książek o powyginanych z wilgoci kartkach. Gdyby nie pomoc przyjaciół, pewnie już zabrakłoby jej sił, by po raz kolejny wziąć się w garść.
- Zaraz skończę - odzywa się Ruda znad sterty ugotowanych ziemniaków w mundurkach, których już prawie pozbawiła szarych łupinek. Jej głos przerywa ponure rozmyślania.
Za każdym razem kiedy Maria patrzy na Rudą, ma ochotę i uśmiechnąć się, i nie uśmiechać. Widzi w Rudej dawną siebie, stanowczą, energiczną i wrażliwą dawną siebie. Ale jednak w tej dziewczynie jest coś, czego młoda Maria Konarska, mimo przeżycia zaborów i pierwszej wojny, nigdy nie miała. Jakaś rysa, pęknięcie, coś przeraźliwie gorzkiego w wyrazie twarzy - nie tak powinna wyglądać twarz dwudziestosiedmiolatki.
- Władek! Podłóż jeszcze jakieś gazety pod drzwi! Czuję, że z tamtych pokoi ciągnie zimno.

*

Podpułkownik Tomasz Krawicz siedzi w ciemnym, ciasnym pokoiku pochylony nad raportami. Drobnym pismem relacjonuje przebieg ostatniej akcji dywersyjnej przeciw komunistom, co jakiś czas trąc oczy zmęczone zbyt słabym światłem. Świeca topnieje bardzo szybko, warstwy wosku nakładają się na siebie podobne do stalaktytów w jaskini. Krawicz sięga dłonią po wyszczerbiony kubek, upija łyk kawy.
- Ostygła, psiakrew - mruczy z niezadowoleniem, bo pochłonięty obowiązkami, zupełnie zapomniał o tym, by rozgrzać się kawą. Prostuje się znad maleńkiego stolika, aż trzeszczą wszystkie kości i spogląda na kozę, mały piecyk. Ogień już wygasa.
Dokłada więc kilka drzazg, oszczędnie, bo opał jest teraz droższy od złota, a spalił już swoją szafę i teraz jest zmuszony wieszać ubrania na kołkach na ścianie. Zapala papierosa i staje w ciemnym oknie. Tu i ówdzie unoszą się siwe dymy z pieców, krzepnąc w mrozie na tle ciemnego nieba. Nieliczni ocalili swoje mieszkania, inni zdołali prowizorycznie odbudować dawne lokale, niektórym udało się znaleźć zachowane pomieszczenia w suterenach. Większość warszawiaków jednak koczuje w piwnicach jak szczury.
...Trzeba kochać to miasto, by żyć w takich warunkach... - myśli Krawicz, zaciągając się dymem. - ...A, dziś Wigilia... - przypomina sobie nagle.
I jego myśli odbiegają od raportu dla dowództwa w stronę świętujących warszawiaków. Smutne to święta, gdy przy każdym stole puste miejsce symbolizuje tych wszystkich, którzy tragicznie odeszli. W takich czasach lepiej być samotnym: za nikim się nie tęskni i nikt nie będzie tęsknił za tobą.
Kiedy rozlega się mocne pukanie do drzwi, a potem stanowczy męski głos, by otworzył, na moment cierpnie z papierosem uniesionym do ust. Zaraz jednak doskakuje do stolika i prósząc w pośpiechu wypalonym popiołem, składa wszystkie dokumenty do skrytki w podłodze, w której trzyma również broń. Czekając na najgorsze, jeszcze raz spogląda przez okno na pogrążoną w mroku Warszawę, której oddał już wszystko.
...Trzeba kochać to miasto...

*

- Barszcz jest niesmaczny. Chyba przesadziłyśmy z rozcieńczaniem - mówi pani Maria ciepło, choć wciąż z wyczuwalną goryczą. Ruda już zauważyła, że głos mamy Władka jest albo ciepły, albo stanowczy - nie ma nic pośrodku. Ale nie wie, że tylko przy swoim mężu pani Maria pozwalała na to, by w jej głosie pojawiały się wątpliwości. Podobnie jak Ruda okazuje słabość jedynie przy Władku.
- Zawsze możemy dosypać tyle pieprzu, że nikt się nie zorientuje - odpowiada z wymuszonym rozbawieniem. Pani Maria śmieje się krótko, zbyt jest udręczona codziennością, by śmiać się naprawdę serdecznie. Ruda próbuje jej wtórować, ale ma wrażenie, że także nie zdołała ukryć goryczy. Obie za dużo straciły w tej wojnie.
Ruda boi się pani Marii - jej oczy lekarza są zbyt bystre i niewiele można przed nimi ukryć. Kiedy rozlega się pukanie do drzwi, z ulgą biegnie otworzyć.
Lena z Jankiem i małą Sabinką wchodzą do środka, witani przez domowników. Ruda przygląda się ich szczęściu i przez chwilę myśli, że Markowscy wyszli z wojny obronną ręką. Są uśmiechnięci, szczęśliwi. Zaraz jednak przypomina sobie o Markowskich pogrzebanych pod gruzami, o Staszku, o tragicznej historii Sajkowskich i gani siebie za takie myśli. Wojna przecież doświadczyła każdego.
- O, macie choinkę! - wykrzykuje Janek, patrząc na mizerne, zielone drzewko w rogu pokoju. Sabinka z zainteresowaniem przygląda się kłującym gałązkom.
- Trzeba ją ubrać - stwierdza Władek równie rzeczowo jak zawsze. Żołnierz z powołania.
Ruda rozkłada talerze na stole, każdy z nich jest inny, różnią się rozmiarem, kolorem, kształtem. Białe prześcieradło służy za obrus i tylko dzięki temu nie widać, jaki stół jest pokrzywiony i zniszczony.
- Gdybym miała rozłożyć talerze wszystkim, którzy odeszli... Którzy odeszli... Zabrakło by miejsca - szepcze bezgłośnie. Tak naprawdę potrafi niemal zapomnieć o tym, co przeszła podczas wojny i kogo w wojnie straciła, przecież mijają kolejne miesiące, trzeba dalej żyć. Tylko to Boże Narodzenie... Odwraca głowę, gdy widzi, że Władek jej się przygląda.

*

Z sąsiedniego mieszkania dochodzi chór głosów śpiewających kolędy.
- Sąsiedzi już świętują - mówi Lena, pomagając Rudej z rozłożeniem zastawy stołowej.
- I co? Zaczynamy stroić choinkę? - dopytuje się Janek. Jest w dobrym humorze, pogwizduje coś pod nosem, zagląda do kuchni. W mieszkaniu pojawia się Romek Sajkowski, a ledwo przekracza próg, mała Sabinka rzuca się w jego ramiona. Nie pozwala nawet ściągnąć wujkowi wytartej kurty.
- Masz podejście do dzieci. - Ruda powoli kończy składanie sztućców przy talerzach. Nie patrzy na Romka i dlatego nie widzi, jak nagle poważnieje. Lena za to zbyt wyraźnie dostrzega w jego spojrzeniu wspomnienie uśmiechniętej Klary.
- Poszukam jakichś ozdób - deklaruje Władek prawie bez entuzjazmu, po czym odsuwa szmaty i gazety spod drzwi i wchodzi do dawnego dziennego pokoju. Zaraz uderza w niego lodowaty podmuch z potężnej dziury w ścianie. Tapety są tu czarne od płomieni i wilgoci, kredens ma wybebeszone szuflady - złodzieje nie zamknęli, a potem drewno napuchło tak, że szuflady już się zamknąć nie dają. W jednej z dolnych szafek między szkatułką z niepotrzebnymi bibelotami a zaśniedziałym lichtarzem znajduje skrzynkę z bombkami. Ostrożnie kładzie ją na brudnej podłodze i otwiera. W środku brakuje wielu bombek, złodzieje dobrali się i do tego, powyrzucali zawartość, sądząc pewnie, że znajdą coś cennego.
Władek kolejno odwija każdy kruchy drobiazg z papierowych chusteczek. Szklane jabłuszka. Szklane bańki o srebrnych wzorach. Szklane łezki. Ozdoby z kolorowego papieru. Złocone orzechy. Szydełkowane aniołki.
I nagle wśród papierów wygrzebuje porcelanowego pieska na choinkę, ręcznie malowanego. Dostali takie w prezencie gwiazdkowym dawno, dawno temu. Ten piesek jest Michała, poznaje po fioletowej farbce - jego był zielony. Takie kruche maleństwo, a przetrwało całą wojnę.
I natychmiast widzi Michała, jak biegał z tym pieskiem po całym pokoju, jak tata przyglądał się temu z uśmiechem zza stołu, jak...
A teraz ich nie ma.

*

Kiedy na stole lądują kolejno: cienki barszczyk, ziemniaki, kostki rybne chude jak gazeta i tajemniczo zdobyty przez Lenę karp w galarecie - prawdziwy król kolacji, rozlega się ponowne pukanie do drzwi. To Wanda, Bronek, pani Helena i mały Boguś. Niosą kluski z makiem i makowiec.
- Co za biedne czasy, prawie nie ma co do garnka włożyć. A cukru dostałam ledwo pół kila i to po znajomości ze sprzedawczynią jeszcze! Za to maku sporo, o dziwo - opowiada pani Helena, odwijając wełnianą chustę z głowy i ramion. Zaraz sięga ku Bogusiowi, by i jemu pomóc się rozebrać, choć przecież to wcale nie taki mały chłopiec. Kolejne dziecko, które zamierza rozpieścić.
Kolacja wigilijna jest nawet udana, łamią się kromką chleba, składają sobie życzenia.
- Byś już zapomniał o wojnie - mówi pani Helena, wyskubując okruszynę z kawałka chleba Bronka. Całuje go w oba policzki.
Bronek milczy. Nie potrafi kłamać i dlatego nawet kiedy się uśmiecha, można poznać, że coś go dręczy. Wymuszone uśmiechy Bronka są najbardziej wymuszonymi uśmiechami na świecie i Wanda myśli, że już lepiej chyba, gdyby w ogóle się nie uśmiechał, zamiast udawać.
- Co się dzieje, kochany? - pyta, bo wciąż nie może przyzwyczaić się, że jej narzeczony jest wiecznie posępny.
- Nic.
Bronek uśmiecha się wytrwale, odpowiada, gdy go zagadują, je, gdy podsuwają mu talerz z kluskami, wspomina jakąś akcję, gdy temat schodzi na cichociemnych.
Jest zmęczony i rozdrażniony. Sam właściwie nie wie, co się z nim dzieje, to tak, jakby ktoś kazał mu iść, iść, iść bez chwili odpoczynku. Każdy jakoś układa sobie życie, tylko Bronkowi do końca wydawać się będzie, że jest zawieszony między przedwojenną Warszawą a przyszłością, która nie chce nadejść.
Obserwuje biesiadników zza stołu, choć wzrok wciąż ucieka mu w stronę okna. Odgarnia nieznacznie zasłony, patrzy w grudniową noc. Lampa odbija się w szkle, wiatr ciska sypkim śniegiem o szyby. Za oknem niewiele wprawdzie widać, ale Bronek w tej ciemności wyraźnie przecież czuje wyniszczony naród. Nie o to walczył, więc nie potrafi być spokojny.


*

Dziś muzyką dźwięczy świat
Chce ukoić nas bez słów
I przepędzić tamten czas
Zesłać kilka pięknych snów

*

Początek zimy roku 1946 jest wyjątkowo ostry. Mróz doszczętnie skuł cały wynędzniały kraj, a śnieg zasypał to, co wystawało nad powierzchnię. Tylko wiatr hula ponad białymi płaszczyznami, sypiąc wokół ostrymi kruszynkami śniegu. Uderza o okna z taką mocą, że szybą dzwonią nerwowo.
- Co za pogoda, mój Boże. - Pani Helena kręci głową z niedowierzaniem. - Strach wyjść z domu.
W Chrobotowie, niewielkiej wsi pod Żyrardowem, gdzie pani Helena, Wanda i mały Boguś spędzają święta Bożego Narodzenia, jest niemal idyllicznie, spokojnie, pachnąco grzybami i rybami. Przed wojną siostra Heleny, Agnieszka, miała tu wraz z o wiele lat starszym od siebie mężem Józefem spory majątek. Po wojnie jednak całą ziemię rozparcelowano na chłopów. Dworek pozostawiono im jedynie dlatego, że jeszcze w roku 1941 został spalony przez Niemców, do tej pory udało się wyremontować ledwo trzy pokoje i kuchnię.
Wanda siedzi przy kuchennym stole i bez entuzjazmu mieli mak w starodawnej maszynce. Przygląda się własnym dłoniom, zniszczonym, zgrubiałym, zupełnie innym niż przed laty. Z westchnieniem wygląda przez okno, ale poza bielą i kilkoma łysymi drzewami nie widzi zupełnie nic. Boguś zagaduje ją ciekawskimi pytaniami, ale odpowiada mu krótko, nie potrafi skupić myśli. Jej myśli bowiem są w stanie krążyć tylko wokół jednego - że nie tak wyobrażała sobie tegoroczne święta.
- Tak, Bronek ją zostawił. - Słyszy przyciszony głos mamy. Wiele w tym współczucia i właśnie to doprowadza Wandę na wpół do złości, na wpół do wybuchu łez, musi się bardzo hamować, by nie zrobić czegoś nierozsądnego.
- Biedna Wanda - szepcze ciocia Agnieszka w odpowiedzi. - To dla niej na pewno bardzo trudne chwile... Kiedy to się stało?
- W wakacje, w lipcu. Po tym wszystkim, co przeszli?
- Właśnie - myśli Wanda, przygryzając wargi - po tym wszystkim, co przeszliśmy. Mój rozwód, wojna, Serbia, przecież uratowałam go przed wyrokiem, a teraz tak po prostu? - Gwałtownie mruga powiekami, bo łzy są coraz bliżej.
- Co się stało, ciociu? - pyta Boguś, przyglądając się jej bystrymi oczyma.
- Chyba... ciocia Hela kroiła tu cebulę... - kłamie słabym głosem.
Znów spogląda przez okno, ale w tej bieli nie widzi niczego, co mogłoby ją pocieszyć. Na białym śniegu jak na kartce papieru układają się obrazki wszystkich wspomnień związanych z Bronkiem. Aż do tych ostatnich. Po wojnie już miało być dobrze, ona miała być aktorką, a on jej wspaniałym mężem. Ale wszystko zniszczył.



*

W pokoju wynajętym przez Markiewiczów panuje względny spokój, tylko trzyletnia Sabinka rozrzuca dokoła drewniane klocki, a Janek rozwiesza uprane pieluchy i sukieneczki na linkach nad oknem. Leny nie ma, przygotowuje kolację wigilijną w kuchni właścicielki mieszkania - jest jedna kuchnia i jedna łazienka na trzy rodziny. Za ścianą dwa pokoje wynajmuje młode małżeństwo: Irena i Henryk Kamińscy oraz siostra Ireny, ładna blondynka. Właścicielka mieszkania sypia w pomieszczeniu dla służby przy kuchni - w ten sposób ma kąt dla siebie, a dwa czynsze od lokatorów. Pokój Markiewiczów przypomina natomiast małą, ciemną dziuplę pełną upchanych sprzętów.
Janek nie narzeka, bo w tych czasach mogli trafić znacznie gorzej. Niektórzy wciąż nie mają nawet własnego łóżka.
- Co, moja mała? - Stroszy córce ciemne włoski. - Dziś nasze trzecie święta razem.
Sabinka patrzy na niego z uśmiechem i wraca do budowania zamku z klocków, który zaraz po wzniesieniu burzy jednym ruchem ręki.
Janek podchodzi do wieszaka i wyciąga kopertę z wewnętrznej kieszeni swojej skórzanej, mocno już przetartej kurty. Zagląda do środka, jakby chciał się upewnić, że cenna zawartość koperty nie zniknęła. Wciąż ma taki nerwowy odruch, bo nieraz ginęły im różne drobiazgi, gdy jeszcze sąsiednie pokoje wynajmowała wielodzietna rodzina Górskich. Ale nie, w środku wciąż znajduje się plik sfałszowanych dokumentów potrzebnych do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Dla niego, Leny, Sabinki i dla Romka.
Kiedy słyszy kroki Leny na korytarzu, szybko chowa kopertę z powrotem do kieszeni kurty i siada w fotelu. Drewniane nóżki mebla skrzypią gwałtownie.
- Już wstawiłam zupę grzybową i wyczyściłam ryby. Smażyć będziemy wieczorem - mówi Lena, zaczynając krzątać się po pokoju. Podnosi jakąś porzuconą na podłodze pieluszkę i przewiesza ją przez krzesło. Na sobie ma domową sukienkę w kratę i płócienny fartuszek. Ciemne kosmyki włosów wymykają się z ciasnego węzła, opadają na czoło.
- Chodź tu do mnie. - Janek chwyta żonę za rękę i pociąga sobie na kolana.
- Mam dużo pracy, Janek, bądź na chwilę poważny - zrzędzi, ale Janek wcale nie słucha, bo z uśmiechu i spojrzenia wyczytuje więcej, niż mówią słowa.
- Pocałuj mnie, a będę poważny.
Sabinka śmieje się radośnie, jakby cieszyła się szczęściem rodziców.

*

Wiatr dudni za oknami, zalepia śniegiem szyby tak, że prawie nie widać przez nie Warszawy. W mieszkaniu Marii Konarskiej jest ciemnawo i chłodno, ale nie ma już przeciągów - każdy budynek w dzielnicy został starannie wyremontowany, można niemal zapomnieć, że kiedyś zburzyły je niemieckie bombowce.
Maria siedzi przy kuchennym stole, powoli obiera ziemniaki. Wydaje się bardzo zmęczona, jakby już pracowała od kilku godzin, tymczasem w misce jest tylko parę łupinek. Trzyma na wpół obranego ziemniaka w dłoni i nieprzytomnym wzrokiem wpatruje się w białe okno.
Kiedy rozlega się pukanie do drzwi, odkłada warzywo i niespiesznie rusza w kierunku korytarza. Przekręca zamek. W drzwiach stoi Ruda, cała ośnieżona, zmarznięta. Policzki ma czerwone od mrozu, wilgotne włosy wiją się pod czepkiem. Obszerny płaszcz nie skrywa wydatnego brzucha.
- Dzień dobry, mamo.
Nie wiedzą, która pierwsza wyciąga ramiona, ani która pierwsza przystępuje krok do przodu, po prostu obejmują się bez słowa. I nagle obie zaczynają szlochać, silna pani doktor i silna, młoda kobieta-żołnierz. Nie muszą nic mówić, wiedzą przecież doskonale o kim myślą. I jak bardzo się o niego boją.
Milczą też, gdy ukradkiem ocierają łzy, jakby nagle przed sobą zawstydzone swoją słabością i milczą, gdy siadają przed stołem w kuchni i zabierają się za obieranie ziemniaków. Razem uwijają się z tym w kilka minut.
- Co będzie na kolację?
- Prawdę mówiąc - pani Maria próbuje się uśmiechnąć - nie spodziewałam się nikogo.
- Więc mamy tylko ziemniaki?
- Są jeszcze jakieś słoiki w spiżarce, buraczki z chrzanem, kompot ze śliwek i maślaki, te które...
- ...zbieraliśmy razem we wrześniu... - nie musi kończyć, by obie dopowiedziały to sobie w myślach. I zobaczyły ten gęsty lad pod Warszawą, słońce między gałęziami, pajęcze sieci błyszczące w trawie, a wśród bujnej przyrody ich szczęśliwą trójkę. Ostatnie wspólne chwile z Władkiem.
- Damy sobie radę - mówi Ruda i właściwie nie wiadomo, czy ma na myśli bardziej kolację, czy też ich dalsze życie.
Każda myśli, że musi być silna dla drugiej, Maria dla synowej i nienarodzonego jeszcze wnuka, Ruda dla zniszczonej życiem teściowej. Zostały same we dwie i może dlatego są bliżej siebie niż kiedykolwiek.

*

Zmrok w grudniu zapada bardzo szybko, błyskają więc lampy naftowe, jedna, druga, trzecia, aż wreszcie w pokoju rozjaśnia się zupełnie. Zamieć śnieżna przybiera na sile, uderza o murowane ściany, jakby chciała roznieść je w puch. Nagle wśród tych uderzeń rozlega się stanowcze pukanie do drzwi. Helena przez chwilę myśli, że tylko jej się przesłyszało, ale szwagier, stary Józef, już kuśtyka przez korytarz, by otworzyć.
- O, to pan, młody człowieku! Proszę, proszę wejść.
- Ja tylko na chwilę. - Z korytarza wśród gwizdów wiatru można usłyszeć głos Bronka. - Mam coś dla Bogusia.
- Wujek Bronek! - Boguś podrywa się spod kolorowej choinki, którą stroi i biegiem rusza w stronę drzwi. Helena zauważa, że Wanda reaguje zupełnie inaczej, cofa się o krok, blednie. Ale też szybkim ruchem poprawia sobie włosy, przygładza sukienkę jak pensjonarka, jakby jeszcze miała nadzieję, że w święta ich miłość się odmieni. I Helena niemal nienawidzi Bronka za to, że ośmielił się tę nadzieję przynieść.
- Przecież... nie będzie pan wracał w taką pogodę - odzywa się Agnieszka niepewnie. Helena już ma ochotę zaprzeczyć, powiedzieć, że owszem, niechże wraca, skąd przyszedł. Ale ubiega ją Wanda.
- Zostań - mówi. - Jest Wigilia.
Siadają wokół stołu, płomienie świec skaczą radośnie, ich blaski odbijają się w półmiskach. Równie mocno błyszczą oczy Bogusia, który wpatruje się w Bronka jak w bohatera. Wanda także się w niego wpatruje, ukradkiem, dumnie wprawdzie, ale i z tęsknotą. Bronek unika jej spojrzeń. Zdaje się, że przy stole tylko Józef czuje się swobodnie, gdy zrzędzi jak zwykle na nowy ustrój.
- Młody człowieku, ja jestem szlachcicem herbu Czewoja, a jak pewno wiesz, to stary ród, jeszcze rycerski. Moi przodkowie z dziada pradziada żyli z pracy chłopów na naszej ziemi. Myślisz pewnie: ...ten stary człowiek jest zwolennikiem feudalizmu..., ale otóż nie, nie jestem. Jestem zwolennikiem równości, chłopcze. Ale równości duchowej, nie zaś majątkowej! I to, co się teraz wyprawia, podział ziem, rozdawanie dóbr, to mnie przeraża, to mnie po prostu przeraża.
Bronek kiwa głową, usta mu drżą, jakby powstrzymywał ziewnięcie. Dopiero teraz Helena zauważa, jak bardzo schudł przez te kilka miesięcy, jak zapadły mu się policzki i jak mocno ma podkrążone oczy. Przez chwilę prawie mu współczuje.
- Co słychać u twojego ojca, chłopcze? - pyta Józef skrzekliwym głosem i pociera dłonią błyszczącą łysinę. - Wandzia mówiła, żeś także szlachcic, znaczny podobno, nawet magnat przedwojenny, czy tak? Dziś twój ojciec ma pewno jeszcze ciężej od nas?
- Ojciec nie żyje.
Helena patrzy na Bronka z zaskoczeniem, nie miała pojęcia, że pochował ojca. Widzi, że Bronek waha się, czy kontynuować, czy też zamilknąć.
- Popełnił samobójstwo, gdy czerwoni zabrali mu i fabrykę, i dom - mówi wreszcie w ciszy gęstej jak kutia z bakaliami na stole. Tylko wiatr nieprzerwanie uderza o ściany dworku.
Zniszczona dłoń Wandy przesuwa się po białym obrusie i zamyka na wychudzonej dłoni Bronka. Jakby nic się nie zmieniło. I Helena sama ma przez chwilę nadzieję, że młodzi jednak do siebie wrócą, rozumie, że to mogłoby uszczęśliwić Wandzię - a przecież najbardziej pragnie właśnie szczęścia córki.

*

- Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi...
Lena nagle wybucha śmiechem.
- Fałszujesz! - śmieje się głośno, razem z nią śmieje się Romek, może jeszcze głośniej. Jego śmiech zaczyna przypominać głęboki śmiech Leona Sajkowskiego.
- Nieprawda! - zaperza się Janek.
Ale już śmieją się we troje, wtóruje im Sabinka, ukazując całą buzię perlistych zębów mlecznych. Ma trzy latka, choć znajomi powtarzają, że wygląda na więcej. Ubrudzonymi makowcem palcami sięga teraz po kawałek ryby.
- Poczekaj, mama wyskubie ości, no poczekaj, skarbie. - Lena zabiera półmisek z wysmażonymi na złoto dorszami. - Janek zajmij ją czymś, zanim coś spsoci.
- Daj mi! - buntuje się Sabinka. Zostawia odciski palców na obrusie, poruszone szklanki z kompotem dygoczą niebezpiecznie.
- Może to już pora na prezenty... - pyta Janek wesoło, porywając córkę w objęcia. - Zobaczmy, co mamy pod choinką!
Krzywe, łysawe drzewko nieco tylko większe od Sabinki nie prezentuje się może efektownie, ale ozdobione jest starannie. Świeczki płoną wesoło, papierowe ozdoby okręcają się wokół własnej osi, jabłka czerwienią się, a wata przypomina śnieg. Pod gałązkami leży niewielka paczuszka z cukrowym mikołajem i kilkoma czekoladowymi cukierkami.
- Zobacz, co tu masz! Prezent! - wykrzykuje Romek, własnym entuzjazmem zarażając siostrzenicę. Sabinka porywa paczkę i podbiega do stołu. Kiedy zajęta jest przyglądaniem się cukierkom w kolorowych papierkach i lizaniem w międzyczasie cukrowego mikołaja, Janek chrząka uroczyście.
- Ja też coś dla was mam. - Podchodzi do swojej kurty i wyciąga z wewnętrznej kieszeni kopertę. Lena z Romkiem przyglądają się uważnie, gdy kładzie na stole plik dokumentów.
- Co to? - Lena odkłada nóż i widelec, którymi wyskubywała ości i wyciera otłuszczone palce w serwetkę. Sięga po rozłożone papiery.
- Nasza przepustka do Ameryki. Sfałszowałem potrzebne dokumenty.
Twarze Leny i Romka krzepną jak wosk.
- Ja nigdzie nie jadę. Moje miejsce jest tutaj - odzywa się Romek stanowczo. Janek ma wrażenie, że już kiedyś słyszał ten ton głosu, wtedy, gdy przed laty próbował wyciągnąć go z getta. I już wie, że czeka go ciężka noc, bo będzie musiał przekonać rodzinę do wyjazdu. Przecież nie chce, by jego najbliżsi podzielili los Krawca, Władka i wielu innych przyjaciół... a nie sposób przewidzieć, jakie plany ma nowa władza.

*

Władek wie, że dziś Wigilia Bożego Narodzenia, wydrapał na ścianie swojej celi każdy dzień od piętnastego września aż do dziś. Stoi nagi, z dłońmi uwiązanymi do sufitu i czuje wyłącznie przeraźliwie zimno, zimno do bólu, które zabija wszelkie inne odczucia. Dygocze jak roztańczona kukła. W ostrym świetle, które razi oczy, widzi swoje czerwone, spuchnięte ręce, obrzękły brzuch i fioletowe, zmarznięte nogi. Przez szeroko otwarte okno wpada ciemność nocy i kurzawa śniegu, a drobinki lodu boleśnie osiadają na skórze. Wszystko go boli, ręce, kręgosłup, wnętrzności. Zdaje mu się, że gdzieś z daleka dobiega dźwięk kolędy. A może to po prostu uparta melodia tłucze się po głowie... 'Dzisiaj w Betlejem', jego ulubiona kolęda z dzieciństwa, ojciec zawsze zaczynał ją mocnym głosem, potem włączała się mama, potem zaczynał błaznować Michał.
Jest zupełnie sam w ciasnych, czterech ścianach. Ale po chwili słyszy, jak za jego plecami otwierają się drzwi i zanim zdąży cokolwiek pomyśleć, przygotować się na najgorsze, czuje, że zalewa go lodowaty strumień wody. Krztusi się, wszystkie mięśnie kurczą się spazmatycznie. Próbuje zaczerpnąć powietrza, łyka tylko wiatr ze śniegiem zza okna. Trzęsie się jeszcze bardziej. Boli go całe ciało.
Już nie ludzi się, że kiedyś z tego wyjdzie, więcej złudzeń miał na Szucha.
I tylko 'Dzisiaj w Betlejem' nieustannie tłucze się po głowie, smutniejsze niż kiedykolwiek. Gdzieś między wciąż powtarzanym wersem o wesołej nowinie, między rozdygotanym ciałem a dzwoniącymi o siebie zębami, nie może przestać myśleć o mamie i o Rudej.

*

Twarz przy twarzy w taką noc
W oczach gaśnie szarość dnia
I nadziei ognik lśni
Przytul się, już pora spać

*

Grudniowy zmrok opada na ulice jak cięcie nożem, znienacka i ostro. Świat lśni srebrem śniegu, granatem nieba i żółcią ulicznych lamp. Ale gwar w Warszawie, mimo że niedługo czas zasiąść do kolacji wigilijnej, wcale nie cichnie. Wręcz przeciwnie, staje się chaotyczny, gorączkowy. Warszawiacy robią ostatnie zakupy, niektórzy spieszą z pracy do domu, inni, ci mniej szczęśliwi, wychodzą do pracy na świąteczną zmianę.
U schyłku roku 1947 nic już nie przypomina o wielkiej wojnie. Romkowi zdaje się nawet, że tylko on jeden nie wyrzucił z pamięci tamtych pięciu lat. Zbyt wiele go ta wojna kosztowała, by mógł o niej zapomnieć.
- Bo naprawdę nie mogłaś zrobić tych zakupów wcześniej - rzuca zgryźliwie, wlokąc się za Dorotą, swoją młodą żoną, która z wypiekami na policzkach szuka czegoś wśród pustawych półek w delikatesach.
- Przecież pracuję, nie mam czasu - odpowiada niedbale, wrzucając jabłka do koszyka.
- Co ty robisz, patrz, one są całe poobijane. Nie ma lepszych...
- No właśnie nie ma. A widzisz...
- Dlaczego nie pomyślałaś o tym wczoraj?
Dorota przystaje tak nagle, że Romek omal się z nią nie zderza. Dziewczyna ma ciemne loki miękko opadające na ramiona, jasny profil, długie rzęsy i ciemne, ciemne oczy - Romkowi zdaje się, że czas się cofnął i ma przed sobą zupełnie inną dziewczynę.
- Weź to. - Dorota wciska mu do ręki koszyk. Sama łapczywie wrzuca orzechy laskowe do papierowej torebki. Gładkie skorupki prześlizgują się miedzy palcami, ale nie pozwala ani jednemu upaść na ziemię.
- Ty też mogłeś zrobić zakupy - dodaje jak gdyby nigdy nic i znów rusza przed siebie.
- Zamykamy już! - woła opryskliwie jedna z ekspedientek.
Romek zauważa, że są ostatnimi klientami. Ekspedientki w białych fartuchach tupią nogami niecierpliwie. Ale Dorota nie zwraca na nich wszystkich uwagi.
W tym także jest podobna do Klary.

*

W niewielkim mieszkaniu na Woli robi się coraz ciemniej. Ruda zapala lampę. Blask żarówki odbija się w szybie, maluje na szkle obraz skromnego pokoju: tapczanu, lakierowanych mebli, dziecięcego łóżeczka, zdjęcia Władka na ścianie. Może to przez to zdjęcie duże jak obraz, przez te poważne, żołnierskie oczy, które wpatrują się w jeden punkt, w mieszkaniu zdaje się być tak ponuro.
Ruda sprawnym ruchem rozkłada na stole biały obrus. Stawia talerze: jeden dla siebie, drugi... nie, nie dla niespodziewanego gościa - dla Władka. Bo już raz zwątpiła w jego powrót, wtedy, w roku 1944, i nie zamierza wątpić ponownie. Z łóżeczka dobiega ciche kwilenie, Ruda zerka, czy aby synek się nie obudził. Ale mały Władzio śpi spokojnie, ośmiomiesięczny bobas, pulchny jak bułka, rumiany, zdrowy, o kręconych, czarnych włoskach.
Ruda nie znosi tej ciszy w mieszkaniu, ciszy w każdym kącie, ciszy w ośnieżonym parku za oknem, woli już chyba, gdy Władzio płacze wniebogłosy. Bo w ciszy zdaje jej się, że dom jest pełen duchów tych wszystkich, którzy odeszli: rodziców, młodszej siostry, pani Marii... Nie boi się tego, że mogłaby ich zobaczyć, po tylu samotnych dniach byłoby to wybawieniem. Boi się jedynie, że wśród tych wszystkich duchów zobaczyłaby też Władka.
A Władek musi żyć.
Nastawia płytę z kolędami, adapter trzeszczy, każda szorstka nuta, każdy drżący śpiew rozprasza ciszę. Ruda z zaskoczeniem odkrywa, że wreszcie udziela jej się świąteczny nastrój. I nagle między rybą w galarecie a kutią - nie ma wielkiego wyboru, te dwa dania to i tak zbyt dużo na jedną osobę - pragnie sięgnąć po alkohol. Po palącą wódkę lub lepką nalewkę. A przecież nie pije już od trzech lat.
Ruda uświadamia sobie, że nigdy już nic nie będzie dobrze.

*

W Chicago jest godzina dziewiąta rano. Lena krząta się po kuchni, tu zamiesza bigos, tam posieka grzyby na farsz do uszek. Z dziennego pokoju dobiegają śmiechy Janka i piski Sabinki. Nawet choinki nie potrafią wystroić bez wygłupów.
- Spokojnie, bo obudzicie Staszka! - Zagląda do nich, ale nie potrafi się nie uśmiechnąć na widok Janka trzymającego Sabinkę wysoko na rękach, by wieszała bombki na najwyższych gałązkach.
- Ciii, mała, słyszałaś? Staszek śpi. - Janek zniża głos, ale usta śmieją się szeroko, śmieją się też brązowe oczy. I śmieje się Sabinka.
Lena patrzy na nich, na ciemne warkoczyki córki przewiązane wstążką, na Janka w wełnianym swetrze, jego szerokie ramiona i ma wrażenie, że widzi siebie w ramionach swojego ojca. Uśmiecha się ze wzruszeniem.
- Give it! - odzywa się Sabinka nagle, sięgając ręką po szklaną bombkę. Ten angielski akcent niespodziewanie zaburza radosny nastrój. W twarzy Janka Lena widzi to, co sama czuje. Bo z jednej strony cieszą się, że Sabinka tak szybko chłonie słówka od dzieci z piaskownicy, przecież niedługo pójdzie do szkoły, a z drugiej... Niepokojące jest wrażenie, że ich dzieci mogłyby być bardziej amerykańskie niż polskie...
Lena zastanawia się nad tym, krojąc w kosteczkę warzywa na sałatkę. Zdaje jej się, że żyje w innym świecie, gdzieś, gdzie Polska chyba już nie istnieje. W Ameryce o Polsce się milczy, w Ameryce mówi się tylko o ZSRR. Oboje z Jankiem są na tyle dorośli, by wiedzieć, że nie ma już powrotu do domu. Łatwiej, tak, łatwiej było wrócić nawet do getta.
- Melduję, że choinka ubrana, generale! - oznajmia wesoło Janek. Jest zadowolony, zarumieniony. Siada na krześle i ukradkiem sięga po makowe ciasteczko.
- Janek, zostaw! - beszta go. - Pomóż mi lepiej pokroić marchewkę.
Janek wpycha ciastko do ust i niechętnie sięga po nożyk.
- Wysłałaś kartki do Polski? - pyta, mlaszcząc, podczas gdy ugotowana marchew zmienia się pod jego palcami w miazgę, a nie w schludną kostkę. Brudzi się na pomarańczowo jak małe dziecko.
- No wiesz? Co to za pytanie? Oczywiście, że tak. Romkowi i Dorotce, Rudej, Bronkowi, nawet Wandzie. Nie dziwnie ci, że oni nie są razem? Taka wielka miłość.
- Chciałbym wiedzieć, co tak naprawdę u nich słychać. - Janek, jak każdy mężczyzna, pomija temat "wielkich miłości". - Te śmieszne listy od nich to pic na wodę, wszystko ładnie, pięknie. Bo gdyby tylko mogli...
- Tęsknię za Romkiem - wzdycha Lena. Potem milczą długo, słychać tylko stukanie noży o deski i rozmowę Sabinki ze swoją lalką.

*

- Żebyś dbał o Wandę...
Opłatek pęka z trzaskiem, łamie się pomiędzy zmęczoną, drobną pani Heleną a młodym, silnym Zygmuntem.
- Będę dbał. Słowo honoru. - Zielone oczy błyszczą, usta uśmiechają się wesoło, może tylko troszkę kpiąco. Prawie każdy mężczyzna Wandy, czy to był Karol, czy Bronek, czy wreszcie Zygmunt, zawsze pobłażliwie traktowali nadopiekuńczość jej matki. Zygmunt pochyla się i całuje przyszłą teściową w pomarszczony policzek.
Wanda łamie się opłatkiem z Bogusiem, życzy mu tego, czego życzy się każdemu dziecku, dobrych ocen w szkole, sukcesów w piłce nożnej. Boguś, już czternastoletni, bardzo wyrósł przez ostatni rok. Jest teraz prawie tak wysoki jak Wanda, a o głowę wyższy od pani Heleny.
- No, siadajmy, kolacja stygnie. Wandziu, przynieś jeszcze sól. Boguś, poczekaj, rozłożę ci serwetkę na kolanach, żebyś się nie pobrudził.
Mieszkanie pachnie piernikiem, smażonymi rybami i choinką. Blask świec na gałązkach migocze w nielicznych kolorowych bombkach, złoci szydełkowe aniołki, przypala skórkę jabłkom.
- Chodź, pójdziemy na spacer. - Późnym wieczorem Zygmunt wyciąga Wandę za rękę. Wanda nawet się nie broni, może Karolowi odpowiedziałaby coś opryskliwie, może przy Bronku zaśmiałaby się wesoło, ale Zygmuntowi potrafi być tylko wdzięczna, że się nią opiekuje.
Dlatego uśmiecha się, choć od rozstania z Bronkiem uśmiecha się bardzo rzadko. Bo Bronek zabrał ze sobą resztki przedwojennej Wandy, tej silniejszej, radośniejszej. Zygmunt chciałby wskrzesić w niej tamtą kobietę, ale jedyną Wandę, jaką zna, to ta po wojnie, szara, smutna, zniszczona, którą poznał, gdy bez celu błąkała się po Chrobotowie. Wzruszył go wtedy jej wzrok bezradnej dziewczynki.
- Wróć do teatru - rzuca, gdy spacerują ośnieżonymi chodnikami. Ulice są puste, sklepy ciemne i ciche, tylko okna w wysokich domach jarzą się światłami. Chmury zasnuły granatowe niebo i nie widać ani pierwszej gwiazdki, ani gwiazd w ogóle. "Nic mi nie wskaże drogi" - myśli Wanda, wpatrując się w ciemność nad ich głowami.
- Już nie potrafię grać - odpowiada.
- W "Ateneum" szukają aktorek - mówi Zygmunt tak, jakby nie usłyszał jej uwagi. - Pójdę z tobą na zgłoszenia. Poradzisz sobie.
Obejmuje ją ojcowskim gestem. Wanda chyba najbardziej potrzebuje teraz ojca, nie kochanka, więc jeśli ktoś miałby ją wyciągnąć z apatii, to może właśnie Zygmunt.
Albo Bronek. Ale Bronka już nie ma.

*

Pięcioosobowa rodzina Nowaków i młode małżeństwo Sajkowkich zasiadają wspólnie do wigilijnej kolacji.
Dorota czasem zastanawia się, czy mąż nie wybrał jej tylko ze względu na podobieństwo do tamtej dziewczyny. Do Klary. Romek czasem wspomina o niej w tych rzadkich rozmowach, gdy nagle straszne wspomnienia o wojnie brzmią w jego ustach tak miękko. Dorota nie lubi tej miękkości. Klara. Usłyszała to imię jeszcze dwa razy, gdy wołał ją przez sen: "Klara!" Zaciskał wtedy pięści na kołdrze, a na końcu rzęs zawsze, zawsze zawisła łza. Dorota nie lubi też tej łzy. Kiedyś przypadkiem natrafiła na fotografię tamtej dziewczyny w szufladzie męża, pyzata nastolatka o spiczastym podbródku, miękkich, ciemnych lokach i bardzo, bardzo ciemnych oczach. Klara.
Dorota też ma ciemne loki i brązowe oczy. Nie lubi tego, kiedy w oczach Romka widzi nie siebie, ale właśnie Klarę. Ma wtedy ochotę płakać.
- Córeczko, o czym myślisz? Jedz, bo barszcz ci wystygnie. - Mama uśmiecha się do niej czule. Romek siedzi tuż obok, dotykają się ramieniem. Kiedy Dorota czuje to ciepło i kiedy ukradkiem patrzy na jego chudą twarz, zakrzywiony nos, brązowe oczy, czuje się bezpieczniej. A kiedy Romek uśmiecha się, podając jej talerz pierogów, jest pewna, że miłość i wierność ślubował jej szczerze.
W takich sprawach kobiety mają intuicję. Albo bardzo chcą wierzyć, że ją mają.
- No, moi drodzy, a co powiecie na lampkę wina? Swojskiego! Z naszych własnych wiśni. - Tata podnosi się od stołu i szuka w barku wybranej butelki.
- Stefan - karci go mama wymownie. - W wigilię? Alkohol?
- Tylko kieliszeczek. Co, synu, napijesz się z teściem, prawda?
Romek obejmuje Dorotę ramieniem, gdy siedzą całą siedmioosobową rodziną i śpiewają kolędę za kolędą. Dorota wtula się w niego z uśmiechem. Głos taty jest tubalny, mama ledwo porusza ustami, a nastoletnie rodzeństwo fałszuje beztrosko.
- Może w coś zagramy? - rzuca najmłodszy brat z entuzjazmem. - W "Człowieku, nie irytuj się"!
Romek śmieje się ze wszystkimi. W takich momentach jest zupełnie normalnym młodym mężczyzną, a nie młodzieńcem z oczami starca, w których widać getto, powstanie, obóz, zakrwawione dokumenty Sajkowskich, pożegnanie z Leną. Kiedy wino mocne jak wódka - a nigdy nie kończy się na jednym kieliszeczku - rozgrzewa krew i policzki, Romek kradnie Dorocie całusa. Rzadko jest taki spontaniczny, więc chciałaby się tym nacieszyć.
- Jesteś piękna - mówi on. Ale ona słyszy to niewypowiedziane "Klara" między nimi. I czar pryska.

*

W każdym domu powoli kończy się kolacja, a rozpoczyna świętowanie, śpiewanie kolęd i zabawa. Chyba tylko Ruda szykuje się do snu. Zmywa naczynia, jeden talerz, jedną miseczkę oblepioną resztkami kutii, szklankę po herbacie. Biały talerz Władka, nietknięty, ma ochotę rzucić o ścianę. Bo nie przyszedł. Nawet w wigilię Bożego Narodzenia nie zdarzają się cuda.
I wtedy ktoś dzwoni do drzwi. Dryn! Krótko, po męsku. Władzio budzi się i zaczyna płakać. A Ruda stoi w progu kuchni, nie jest w stanie się poruszyć, ręce drżą tak, jak drżały, gdy przez przypadek zabiła gosposię w domu tamtego kolaboranta.
Może jednak zdarzają się cuda...
- Dobry wieczór, pani Lipińska. Przyszedłem złożyć życzenia miłych świąt. Nie przeszkadzam?
Jest tak rozczarowana, że z hukiem zamknęłaby drzwi z powrotem, ale grzeczność wymaga odsunąć się i wpuścić niechcianego gościa. To Henryk Wołyński, sąsiad z naprzeciwka. Dobrze ustawiony, partyjny. A i tak nie domyśla się, że Ruda nosi zmienione nazwisko, by ukryć się przed UB.
- Właśnie kładłam się spać - mówi na tyle dobitnie, że pan Henryk powinien się wycofać. A jednak on wchodzi. W szarym garniturze, białej koszuli. Patrzy na pusty już stół, na Rudą trzymającą w objęciach zapłakanego Władzia. Patrzy też na zdjęcie Władka na ścianie i przez twarz przebiega mu niechętny grymas. Kiedyś zapytał: "Skoro mąż nie żyje, czemu na zdjęciu nie ma czarnej przepaski, co?"
Milczą. Słychać tylko trzaski adaptera i coraz cichsze pokrzykiwanie Władzia.
- Jest pani sama - stwierdza nagle pan Henryk. - W święta nikt nie powinien być sam. Specjalnie dla pani kupiłem nawet opłatek.
Składają sobie uprzejme życzenia zdrowia i pomyślności, ze strony Henryka: rzewne, ze strony Rudej: raczej chłodne.
- I miłości - dodaje pan Henryk. Całuje Rudą w policzek. Potem w drugi. - Wiktorio...
Nim Ruda domyśla się, co ma znaczyć ten delikatny szept, już prawie, prawie czuje męskie wargi na swoich ustach. Przypomina jej to wszystkie noce z kolaborantami. Odwraca się więc plecami i mocniej przyciska do siebie Władzia. Ten mężczyzna nie potrafił uszanować nawet tego, że trzymała w ramionach dziecko, jej dziecko, dziecko jej męża!
- Jestem zmęczona - mówi, próbując opanować złość.
Pan Henryk wreszcie wychodzi, trochę skrępowany, trochę zasmucony, a trochę obrażony. Przed wyjściem rzuca jeszcze mściwe spojrzenie na portret Władka.
Ruda myśli przez chwilę, że nie lubi, gdy nazywa się ją Wiktorią. Przecież nigdy niczego nie wygrała.

*

Śledztwo w więzieniu ciągnie się długo i boleśnie. Czasem jednak zostaje przerwane na kilka dni, czasem nawet na całe tygodnie. W tych chwilach wytchnienia Władek powoli dochodzi do siebie, obserwuje, jak goją się rany, uczy się jeść połamanymi palcami. Ale wie, że ledwo się wyliże, znów zabiorą go na przesłuchanie.
Tak bez końca.
W Wigilię Bożego Narodzenia jest spokojnie. Władek patrzy przez okno w ciemne, bezgwiezdne niebo i próbuje nie słuchać brutalnej spowiedzi Hansa, towarzysza z celi, podczas wojny podoficera w krakowskim gestapo.
- Pamiętam tamtą dziewczynę. Ładna była. Nawet mi jej było szkoda, bo wiedziałem, co tam z nią zrobią. No i racja. Jak ją wynieśli, to już bym jej nie poznał. Sama krew, jak zwierzę.
- Zamknij się! - warczy Władek ostro, jakby zaraz miał się na niego rzucić. Ale Hans najwyraźniej potrzebuje się wygadać.
- Tam było nudno, wolałem, gdy nas brali na akcję. Raz obstawiliśmy szpital, a gdy bandyci z niego wychodzili, my zaraz: prask, łomot, karabiny! Zabiłem wtedy ich dowódcę!
Władek obejmuje głowę rękoma.
Może dlatego trafił do tej celi. Prześladowcy chcieli, by oszalał.
Zasypia twardo jak prawdziwy żołnierz, przyzwyczajony do spania w trudnych warunkach. Siennik w zimnej celi wcale nie jest taki najgorszy, w styczniu 1938 na poligonie bywało gorzej. Przed snem myśli o matce, o Rudej, o ich dziecku, które powinno już mieć osiem, może dziewięć miesięcy. Próbuje je sobie wyobrazić, chłopiec czy dziewczynka, oczy piwne po Rudej czy szare po nim, charakter spokojny czy energiczny? Jak zachowuje się dziecko w takim wieku, czy juz siedzi, czy samo się bawi? Gdyby to była dziewczynka, chciałby, żeby miała na imię Wiktoria. Zwycięstwo. A chłopiec? Może Wiktor. Albo Czesław po dziadku czy Michał po stryju.
Przed snem obserwuje jeszcze, jak Hans delektuje się paczką od rodziny, cukierkami, fotografiami. Niemcom wolno otrzymywać przesyłki. Polacy są pozbawieni nawet tego.
W nocy pobudka. Władek nie wie nawet, czy przespał godzinę czy więcej, widzi tylko, że za oknem wciąż jest ciemno. Ciągną go do pomieszczenia, które zna zbyt dobrze i już wie, że śledztwo znów się zaczyna. Krzesło, biurko, za biurkiem tępa twarz, ostre światło skierowane proste w oczy i rozkaz: "Patrzcie tu!"
- Mamy dla was dobrą nowinę. - Prześladowca zapala papierosa, Władek ma ochotę się zaciągnąć, ale stara się o tym nie myśleć. - Niedługo dołączy do was żona. Wiemy już gdzie mieszka i mamy dowody, że tak jak wy współpracowała z Niemcami. Cieszycie się?
Władek milczy. Skoro nikt nie wspomniał o dziecku, to znaczy, że prawdopodobnie Rudej nie znaleźli. Chcą go tylko nastraszyć.
- Ale ona o was zapomniała. Niewierna ta wasza żona. Ma kochasia.
Władek wciąż milczy.

*

Z gałęzi drzew opadają drobne płatki śniegu. Białe, leciutkie, czyste, wirują na tle ciężkiego, ciemnego nieba. Prószą Bronkowi na czapkę z kożuszkiem, na nieogolone od dawna policzki, na ramiona, prószą też na ośnieżone groby. Tylko spiczaste krzyże sterczą spod białej pierzyny.
Cmentarz tonie w ciszy i w blasku pojedynczych latarni.
Bronek niespiesznie zmierza przez cmentarz wyboistą alejką. Dróżka jest odśnieżona, ktoś musiał o to zadbać nim cała Warszawa zasiadła do wigilijnej kolacji. Bronek wsłuchuje się w skrzypienie swoich kroków i nagle zdaje mu się, że odgłos jest podwójny, że nie jest sam, ktoś za nim idzie. Ale gdy się odwraca, na alejce aż od bramy cmentarnej widzi tylko ślady własnych butów. Może to echo ścigało go po pustym cmentarzu.
Zatrzymuje się przed grobowcem Woyciechowskich. Zrzuca z niego śnieg, poprawia sczerniałe kwiaty, na oblodzonej płycie stawia znicz. Kamienny anioł przypatruje mu się z cokołu, śnieg zakrzepł na siwych skrzydłach.
- Wieczny odpoczynek...
Nie mówi nic więcej. To wystarczy. Przez chwilę zamyśla się, wpatrzony w potężną tablicę. Kiedyś wśród nazwisk całej rodziny przechodnie zobaczą też: Bronisław Woyciechowski. Na nim zakończy się magnacki ród.
Drugi znicz stawia na innym grobie, znacznie skromniejszym, usypanym z piachu i obłożonym deskami. Rozgarnia śnieg. Płomyk znicza oświetla tabliczkę, a na niej białe litery: Czesław, Maria, Michał Konarscy. Pamięta pogrzeb Marii Konarskiej, w listopadzie, szary, deszczowy, z całą masą żałobników, którzy przyszli pożegnać panią doktor. Zmarła nagle na wylew w swoim gabinecie w szpitalu Świętego Ducha.
Bronek odchodzi. Pochłania go noc, drobne płatki śniegu i cisza.

 

Przykro nam, ale nie możesz komentować tego artykułu, ponieważ nie jesteś zalogowany. Zaloguj się lub załóż konto, jeśli go jeszcze nie posiadasz. Zapraszamy!

Czas Honoru Czas Honoru

Ankieta

Czy Twoim zdaniem, serial przyczynił się przywrócenia pamięci o cichociemnych oraz żołnierzach wyklętych?
 

Z planu serii "Powstanie"

Wyszukaj na stronie

Ostatnie komentarze