OBIETNICA
Wpisany przez Kinga, Aleksandrów   
wtorek, 12 sierpnia 2014 13:02

31 sierpnia 1939 r.

Zapach świeżego pieczywa zaczął przedzierać się przez cienką zasłonę dzielącą pokój Zuzanny od tarasu. Dziewczyna przeciągnęła się ospale i dźwignęła z niewielkim trudem do pozycji siedzącej. Kasztanowe loki ułozyły się z wdzięcznością na białym jedwabie koszulki okrywającej jej plecy. Pewnie zaraz będą wołać na śniadanie, pomyślała. Nie myliła się. Chwilę potem do pokoju wpadła matka, by "zaprosić" ją do stołu.

- Wstawaj, szkoda dnia!- rzuciła nieco oschle w kierunku córki. - Powinnaś być już gotowa.

Wyszła. Zuzanna jęknęła żałośnie. Mimo to, że kobieta doprowadzała ją do szału ostatnio na każdym kroku, to pocieszał ją fakt, iż nie tylko ją tak traktowała. Była niezbyt miła dla każdego domownika, i nie tylko. Miała co do tego pełne prawo. Ojciec z każdym swoim powrotem z miasta przywoził coraz gorsze wiadomości. W radiu też podawano, że lada dzień wybuchnie wojna. Jedni wierzyli w to bez żadnego "ale", a drudzy żyli nadzieją, że to wszystko pogłoski i lada dzień wszystko się uspokoi.

Ktoś zapukał do drzwi.Zuzanna wsunęła ostatni niesforny kosmyk włosów za spinkę i wstała od toaletki. Musiała zrobić kilka sporych kroków, by znaleźć się przy wysokich, drewnianych drzwiach. Jej "komnata", jak to ona sama mówiła, była ogromna. Gdyby nie to, że dwór był bogato zdobiony i nie szczędzono na żadne wyposażenia, można by w nim spokojnie zrobić drugi salon, czy nawet salę balową.

Na przeciwko drzwi stało szerokie łóżko. Chciałoby się nawet powiedzieć "łoże"... Okryte narzutą w kwiaty nadawało świeżości całemu pomieszczeniu, bardzo dobrze oświetlonemu pomieszczeniu.Zawdzięczano to przestronnemu oknu po lewej stronie łóżka, gdzie stała także toaletka. Druga część pokoju była zastawiona komodą, dużą szafą, której drzwi wręcz przeraźliwie skrzeczały przy najmniejszym uchyleniu jej, oraz półką z książkami. Edukacja w tej rodzinie była naprawdę ważna, o ile nie najważniejszą rzeczą.

- Przepraszam, mamo. Już idę - powiedziała, otwierając drzwi i jednocześnie oglądając się jeszcze za siebie, czy aby nie pozostawiła zbyt dużego bałaganu. W odpowiedzi na swoje słowa usłyszała śmiech. Jej matka się nie śmiała, nie z byle czego i nie teraz. To nie była matka.

Rumieńce zalały policzki dziewczyny. Za progiem stał kapitan Wojska Polskiego, Antoni Niedzielski, dobry znajomy rodziny, który w dzieciństwie czasami opiekował się Zuzanną. Odkąd zaciągnął się do wojska nie odwiedzał ich zbyt często. Tego lata to nieco się zmieniło. Twierdził, że tak jak każdy potrzebuje odpoczynku. Czasem nawet pojawiał się w cywilnym ubraniu.  Dziś był jeden z tych dni. Ciemne spodnie, błękitna koszula idealnie podkreślająca prawie granatowe tęczówki oczu, szelki no i oczywiście rozwiana błąd czupryna. Ojciec czasem żartuje, że stan jego włosów klasyfikuje go co najwyżej na podchorążego.

- Nie chciałbym narzekać, ale wszyscy na panienkę czekamy. Szczerze mówiąc już trochę ściska mnie w żołądku - powiedział ostrożnie, ale z przekąsem kapitan Niedzielski.

Zuzanna prychnęła, zamykając za sobą drzwi pokoju. Mogli zacząć bez niej, albo obudzić ją wcześniej... Ostatniego dnia wakacji chyba miała prawo się wyspać.

- Wyczekane lepiej smakuje, panie Antoni...

Rzuciła mu przelotny uśmiech. Chciała, by wiedział, że darzy go szacunkiem. Może nawet czymś więcej...

Zebrani odmówili krótką modlitwę i zasiedli do stołu. Zuzanna od razu sięgnęła po rogalika i po przekrojeniu go posmarowała wnętrze obficie konfiturą. Wspomnienia dwóch ostatnich miesięcy spędzonych przy książkach, oraz na wielogodzinnych rozmowach z Antonim zawładnęły jej umysłem. Nie miała wcale ochoty opuszczać rodzinnego dworku. Rodzice postanowili wysłać ją do szkoły z internatem. W Warszawie. Jedynym plusem zdaje się miały być obiecane odwiedziny Niedzielskiego.

- Zuzanno, Zuziu...

Usłyszała przyciszony, ale dosadny głos ojca. Dopiero teraz zauważyła, że potrząsa jej ręką opartą o stół. Wszyscy wpatrywali się w nią z niepokojem. Nawet babcia, zawsze zajęta psem Morusem leżącym przy jej nodze, wydała się wyciszona. Zuzannie zrobiło się głupio. Po raz drugi tego poranka...

- Przepraszam, martwię się jutrzejszym wyjazdem...- mruknęła, wzruszając bezradnie ramionami.

- Tłumaczyłem przecież panience, że Warszawa to piękne miasto. I ludzie przemili. Spodoba się panience - odparł niemal natychmiast Antoni z niemałą troską w głosie. Jeśli nie poprawiłby humoru słowami, to trzeba przyznać, że jego uśmiech załagodziłby wszystko. szczery, pełen radości, dodający otuchy.

Zuzanna ogarnęła wzrokiem wszystkich domowników. Każdy z nich, włączając już babcię, ale wyłączając Morusa, wydawał się mówić to samo:"pan ma rację, dasz radę".  Aż serce się radowało. Dziewczyna mimowolnie się wyprostowała, czując narastające w duchu uczucie zaradności.

Po skończonym śniadaniu każdy poszedł w swoją stronę. Mama do warzywnika, gdzie uwielbiała spędzać wolny czas. Tata gdzieś z panem Niedzielskim (zapewne była to rozmowa o polityce zakrapiana kieliszkiem nalewki). Babcia na spacer z Morusem, a Zuzanna pod wysokiego dęba niedaleko dworu.

Usiadła na ziemi pokrytej piękną, zieloną trawą, oparła się o pachnący korą pień i zatopiła się w kolejnych rozdziałach "Ogniem i mieczem".

Słowa jakoś słabo do niej docierały... Powoli zaczęły się rozmazywać. Powieki opadały, jakby ktoś zrobił je z ołowiu.

- Widzę, że ciekawa lektura.

Zuzanna wyrwana z transu zachłysnęła się powietrzem, do tego uderzając tyłem głowy o drzewa. Antoni natychmiast rzucił się dziewczynie na pomoc. Przyklęknął po jej prawej stronie. Jedną dłoń położył w miejscu, gdzie mogło dojść do uszkodzenia czaszki, natomiast drugą bez zastanowienia złapał za jej dłoń.

- Zuziu, nic Ci nie jest? - zapytał zatroskany, badając opuszkami palców skórę jej głowy.

- Nie, w porządku...

- Pewnie będzie opuchnięte, ale niby wszystko jest na swoim miejscu.

- Za to chyba u pana nie za bardzo... - rzuciła uszczypliwie, odsuwając się od mężczyzny. - Chciał się pan zemścić za śniadanie? Trzeba było poprosić o mój deser po obiedzie... Ale żeby od razu zamach na życie?

Pomasowała raz jeszcze stłuczone miejsce. Bolało.

- Niestety, nie zostaję na obiedzie. Ale zapamiętam to o deserze i kiedyś skorzystam.

Zuzanna spojrzała na niego marszcząc brwi. Chciała, żeby został. Może sama przed sobą nie chciała tego przyznać, ale tak było. Naprawdę przepadała za jego towarzystwem. Przyzwyczaiła się do jego częstych wizyt. Teraz już pewnie nie będą tak częste, ani tak miłe.

- Niech się panienka nie martwi, zobaczymy się w Warszawie.

Musiał zauważyć nagłą zmianę w jej nastroju, ponieważ nie dość, że zmienił ton na mniej oficjalny, to jeszcze ścisnął delikatnie jej kolano. Normalnie dostałby naganę za takie zachowanie, ale teraz nie było na to czasu. Kapitan Niedzielski już wstał, kiedy zawołała:

- Chwileczkę!

Ściągnęła z szyi długi łańcuszek z niewielką, srebrną zawieszką i założyła Antoniemu przez głowę.

- Proszę o mnie pamiętać. To na szczęście. Nie wiadomo, czy jeszcze się spotkamy.

- Jak to?

- Lada dzień wybuchnie wojna.

Wywrócił oczyma i ucałował jej czoło. Czy tak było można?

- Dziękuję, widzimy się w Warszawie.

Powiedział to z taką pewnością, jakby był samym prezydentem, albo i kimś wyższym. Odszedł z uśmiechem, chowając szczelnie wisiorek pod błękitną koszulą.

 

11 kwietnia 1944 r.

Stara komórka przy wyburzonej kamienicy śmierdziała stęchlizną i wcale nie zachęcała do odwiedzin. Tym lepiej. "Szewc", jak zwał się przełożony Antka, już czekał, zapalając kolejnego papierosa. Co chwila oglądał się za siebie, czy aby nikt nie wchodził od strony klatki schodowej. Niby kamienica była opuszczona, ale ze Szwabami nigdy nic nie wiadomo. Wreszcie w drzwiach pojawiła się znana sylwetka.

- Kiedyś Cię uduszę, obiecuję.

- Przepraszam, musiałem wyminąć patrol. Wyglądali na wygłodniałych.

"Szewc" skinął głową na znak zrozumienia.

- Masz nowe zlecenie - powiedział, podając mężczyźnie kopertę. Tym razem drugi skinął głową.

- Mam to zrobić sam?

- Nie, przydzielono Ci łączniczkę. W sumie, likwidatorkę... W każdym razie możliwe, że to będzie dłuższa współpraca. Dziewczyna chociaż młoda, to zdolna.

Antoni nie mógł uwierzyć własnym uszom.

- Rozumiem, że ze mną będzie pracowała jako łączniczka. Ja tu jestem od likwidacji.

"Szewc" się zaśmiał.

- Tak, raczej tak. Ale pamiętaj, co powiedziałem. Jest szalenie zdolna...

Antek kiwnął kilka razy głową z kpiącym uśmieszkiem na ustach.

- Spotkasz się z nią w Parku Sieleckim o 17:00. Wszystko masz w kopercie.

Jego przełożony założył ciemny kapelusz i pożegnał się krótkim gestem ręki.

- Serwus - rzucił Niedzielski, zabierając się za sprawdzanie danych z koperty.

Południe nadeszło szybciej niż myślał. Ruszył do parku Sieleckiego nie mogąc się już doczekać poznania tej jakże cudownej, utalentowanej kobiety. Miała mieć na sobie ciemnozielony żakiet i torebkę przewieszoną przez prawe ramię. Zobaczył ją. Stała oparta o postawne drzewo i spoglądała na kąpiące się w jeziorze kaczki. Antoni podszedł po cichu do kobiety i nie spoglądając jej w twarz, a przed siebie, zadał "kontaktowe" pytanie.

- Czy to pani czeka dowóz nowych mebli?

- Tak, ale tylko...

Spojrzeli na siebie. Spojrzenie było jak uderzenia pioruna. Uderzenie bomby. Strzał z samo serce.

- tylko komodę i... i dwa krzesła...

Kobieta uśmiechnęła się szeroko. Padli sobie w objęcia, jednak jak szybko to zrobili, tak samo i odskoczyli od siebie. Ona poznała w nim kapitana Antoniego Niedzielskiego, natomiast on w niej panienkę Zuzannę. No właśnie... Nadal panienkę? Ukradkiem spojrzał na jej dłonie. Nie było obrączki. Jednak w tych czasach mało kto nosił przy sobie tak cenne rzeczy.

Antoni wskazał ścieżkę, proponując tym samym spacer.

- Nie mogę uwierzyć... - wydukała Zuzanna.

- Obiecałem panience, że się w Warszawie spotkamy i obietnicy dotrzymałem.

Oboje gruchnęli śmiechem, chociaż wiedzieli, że mają do wykonania jeszcze okropną robotę. Poza tym nie mogli zwracać się do siebie tak jak kiedyś.

- "Hanna" - wypaliła nagle Zuzanna, patrząc mu porozumiewawczo w oczy. Zrozumiał. Podawała mu swój pseudonim, nowe nazwisko, którym powinni się posługiwać.

- "Tadeusz" - mruknął bez większego entuzjazmu mężczyzna.

Dziewczyna zaśmiała się cicho.

Przepuszczając przed sobą towarzyszkę Antoni po raz kolejny tego dnia wszedł do zatęchłej komórki na Pradze.

- Chciałbym, aby wszystko było jasne. Ja tu jestem kierownikiem - powiedział, gdy tylko usiedli na drewnianych skrzynkach. Zuzanna oczywiście skinęła głową, doskonale znając swoje miejsce w tej współpracy, chociaż nie podobał jej się ten władczy ton przyjaciela. "Szewc" dał jej konkretne wytyczne. Wytłumaczył, że mężczyzna z którym będzie pracowała nie należał do najprzyjemniejszych.

Kilkanaście godzin później Zuzanna i Antoni stali na wyznaczonych wcześniej miejscach. Zuzanna wpatrywała się z udawaną ciekawością w najnowsze wydanie "Kuriera Warszawskiego", natomiast Antoni koczował w starej bramie nieopodal. Broń za pasem przyjemnie chłodziła mu plecy. Nie był zdenerwowany. To tylko kolejna akcja likwidacyjna jakiegoś kapusia. Dla takich nie było miejsca na tym świecie. Oni zasługiwali tylko na jedno - kulkę. Śmierć.

Dostał znak, że konfident się zbliża- jego łączniczka złożyła dwa razy gazetę i włożyła ją pod lewe ramię. Zaraz i jego oczom ukazał się człowiek ze zdjęcia. Wysoki, chuderlawy z pękatym nosem i głęboko osadzonymi oczami. Ciemny, skórzany płaszcz i szeroki kapelusz od razu wskazywały jego "lepszą posadę". "Tadeusz" szybkim krokiem podszedł do człowieka.

- W imieniu Polski Podziemnej zostajesz skazany na śmierć za zdradę ojczyzny -wyrecytował jednym tchem jak najpiękniejsza modlitwę i oddał strzał. Mężczyzna upadł na ziemię. Po chwili spod eleganckiego płaszcza zaczęła wypływać stróżka krwi. Antoni rzucił się do przeszukiwania jego kieszeni. Wyjął kennkartę i zaczął się oddalać szybkim krokiem.

- Halt!

Usłyszał za sobą. Miał nadzieję, że to nie do niego, jednak okrzyk zaraz się powtórzył. I to kilka kroków bliżej.

- Halt!

Obok niego mignęła postać Zuzanny. Dziewczyna złapała go za rękę i zaczęli biec. Uciekali. Musieli wiać. Biegli cały czas trzymając się za ręce między uliczkami. Ludzie patrzyli na nich jak na szaleńców, ale dobrze wiedzieli, co się święci. Zaraz za nimi biegli Niemcy. Tuż przed tym jak padło kilka strzałów wpadli do jednej z kamienic. Przebiegli przez parter i wypadli po drugiej stronie ulicy. Zuzanna słaniała się na nogach, gdy zamknęły się drzwi ich ukrycia.

- Udało się Zuziu, udało się - powiedział uradowany Antoni, przytulając do siebie łączniczkę. Ale coś było nie tak. Nie odpowiedziała mu. Ani słowem, ani gestem. Puścił ją zdezorientowany, a ta osunęła się na ziemię. Zbladła, a spod jej piersi wypłynęła struga krwi. Trafili ją.

- Zuzanna... - szepnął mężczyzna, klękając przy jej ciele. Położył sobie głowę dziewczyny na udach i pocałował w czoło. Był spokojny. Z oczu popłynęły mu ogromne, słone łzy, ale był spokojny jak nigdy. Usiadł wygodniej, przytulił martwe ciało i kołysał się delikatnie, jakby usypiał młodszą koleżankę. To była jego wina. Gdyby ruszył się wcześniej, nie musiałaby go zabierać. Gdyby wcześniej wciągnął ją do jakiegoś budynku. Żyłaby. Mogliby dalej współpracować. Żyć razem. Czy zechciałaby być jego narzeczoną? Już nigdy się nie dowie. Już nigdy nie spotka kogoś takiego. Takiego przyjaciela. Kompana rozmowy.

Trwał tak całą noc. O dziewiątej rano "Szewc" znalazł śpiącego Antoniego i martwą Zuzannę. Tego samego dnia odbył się cichy pogrzeb. Przeniesienie Antoniego stanęło pod znakiem zapytania, jednak on postanowił zostać w Warszawie. Zmarł pod koniec Powstania Warszawskiego, podczas którego dowodził własnym oddziałem.

 

Przykro nam, ale nie możesz komentować tego artykułu, ponieważ nie jesteś zalogowany. Zaloguj się lub załóż konto, jeśli go jeszcze nie posiadasz. Zapraszamy!

Czas Honoru Czas Honoru

Ankieta

Czy Twoim zdaniem, serial przyczynił się przywrócenia pamięci o cichociemnych oraz żołnierzach wyklętych?
 

Z planu serii "Powstanie"

Wyszukaj na stronie

Ostatnie komentarze