Strona główna Fragmenty "Czas Honoru. Pożegnanie z Warszawą" - fragment drugi
"Czas Honoru. Pożegnanie z Warszawą" - fragment drugi
wtorek, 05 listopada 2013 22:00

Moskwa nie przyjęła go z otwartymi ramionami. W mieście panowała wojenna gorączka. Oddziały rosyjskiego wojska maszerowały bez przerwy raz w jedną, raz w drugą stronę. Ludzie robili zapasy na wypadek oblężenia. O znalezieniu pracy nie było mowy. Sorokin najął się u pewnego Żyda do obnośnej sprzedaży papierosów, żeby w ogóle jakoś przeżyć. Nosił towar po ulicach na ciężkiej desce uwiązanej do szyi jak koń pociągowy. Nienawidził tej roboty, ale dzięki niej znacznie poszerzył swoją wiedzę na temat świata. Słuchając ulicznych rozmów, dowiedział się na przykład, że wojna, która toczyła się na świecie, była sprawą dość poważną. Matka Rosja toczyła ją z Germańcami. Były to zbiry w spiczastych hełmach, które należały do jednej z dwóch band - Niemców albo Austriaków. Całkiem niedawno Germańcy pobili rosyjskie wojsko, a teraz szykowali się, żeby odebrać Matce Rosji Warszawę.

Sorokin zgłosił się do wojska. Nie miał co prawda pojęcia, gdzie leży Warszawa, ale zagrzany przez patriotyczne odezwy, nie mógł pozwolić, żeby dostała się w brudne łapy Germańców. Był silny i wyrośnięty na swój wiek, więc bez trudu przekonał komisję rekrutacyjną, że ma siedemnaście lat. Ponieważ jeździł dobrze konno, został wcielony do Uralskiej Dywizji Kozaków i wysłany na front.

Wojna z miejsca mu się spodobała. Przede wszystkim nareszcie mógł się najeść i to trzy razy dziennie. Zupełnie nie rozumiał powszechnego sarkania na wyżywienie. W rodzinnym domu mięso jadło się od wielkiego dzwonu, a tu co rusz była na obiad konina albo jakiś ptaszek. Samej walki nie było za wiele. Głównie czekało się, co zrobią Germańcy, i paliło machorkę. Kiedy jednak wreszcie ruszyli do ataku, Sorokin znalazł się w swoim żywiole. Szabla leżała mu w ręku lepiej niż niejednemu kozakowi z dziada pradziada. Naciął germańskich szpiców tyle, że pod koniec dnia ledwo mógł ruszyć ręką. Musiał robić sobie okłady z krowiego łajna.

Germańcy zostali odparci, a Warszawa ocalona. Sorokin widział miasto tylko z daleka. Leżało na skarpie nad niewielką rzeczką, która w tych stronach była podobno uważana za coś w rodzaju Wołgi. W ogóle wszystko było tutaj inne - jakby mniejsze i bardziej kolorowe. W mieście nie było widać cerkiewnych kopuł, a wieże kościołów były spiczaste jak igły. Wasyl Czerkasow, kozak, z którym Sorokin dzielił miskę, twierdził, że w Warszawie ludzie mieli tyle złota, że srebrne monety wyrzucali na ulicę. Sorokin nie dał temu wiary, ale obiecał sobie, że któregoś dnia odwiedzi miasto, za które przelewał krew.

Okazja ku temu nadarzyła się kilka lat później, ale okoliczności kolejnego wypadu Sorokina do Warszawy zmieniły się diametralnie. Była to już inna wojna, inny Sorokin i inna Warszawa. Ostatnie lata przyniosły wielkie przemiany nie tylko w życiu Lwa Aleksandrowicza, ale też całej Rosji. Częściowo odpowiedzialni byli za to Germańcy. Szukając sposobu na osłabienie rosyjskiego imperium i wyłączenie go z wielkiej wojny narodów, podgrzewali przy pomocy swojego wywiadu wewnętrzne wrzenie, które w końcu doprowadziło do wielkiego wybuchu. Skutki przeszły najśmielsze oczekiwania niemieckiego wywiadu i zmieniły bieg życia całych pokoleń. Władzę w kraju przejęli bolszewicy, a car i jego rodzina zostali rozstrzelani w piwnicy prywatnego domu w Jekaterynburgu.

Sorokin ze zdumieniem patrzył, jak z dnia na dzień pojawia się nowa potężna kasta, której władza w błyskawicznym tempie pożera wszystko, niczym ogień daczę doktora Akunina. Niemal natychmiast wstąpił do rady żołnierskiej, którą zorganizował Wasyl. Razem doprowadzili do tego, że podczas najbliższej potyczki z Germańcami większa część ich sotni odmówiła walki. Dowódca zagroził im rozstrzelaniem, ale rozbroili go i powiesili dla przykładu. Łajdak miał mocną szyję. Urywał się ze sznura dwa razy. Wyzionął ducha dopiero przy trzeciej próbie. Reszta oddziału była tak przerażona tą egzekucją, że żaden podoficer nie pisnął ani słowa, kiedy blisko dwie trzecie całej sotni opuściło linię frontu pod wodzą Wasyla i skierowało się na Moskwy.

I znów rosyjska stolica okazała się dla Sorokina niegościnna. Jeśli sądził, że rewolucyjna fala sama wyniesie go na szczyt nowego porządku, srodze się zawiódł. Fala wynosiła głównie ludzkie śmieci; zresztą tylko po to, żeby za chwilę je zatopić. Prawdziwi "ludzie z Moskwy" - Lenin, Trocki, Rykow - byli dla niego równie niedostępni jak rosyjski car. Najgorsze zaś było to, że w zawierusze wydarzeń zniknął mu z oczu Wasyl i Sorokin został znów sam w ogarniętej gorączką stolicy.

Przynajmniej z utrzymaniem nie miał tym razem kłopotów. Z wojny przywiózł belgijski rewolwer Nagant, który nazywano popularnie naganem. Na jego widok każdy burżuj napotkany w ciemnej uliczce natychmiast podnosił ręce do góry i oddawał zawartość portfela. Kiedy pieniądze straciły wartość, Sorokin przerzucił się na burżujki obwieszone złotem i kosztownościami.

Jeden z takich wypadów okazał się brzemienny w skutki. Zdzierał właśnie pierścienie z dłoni jakiejś wyfiokowanej baby, kiedy ze wszystkich stron wyskoczyli na niego ludzie z bronią. 
- Ruki wwierch!
Napastników było czterech. Nie stawiał oporu.
Wtrącili go do piwnicy wielkiego gmachu towarzystwa ubezpieczeniowego
"Rosja" przy ruchliwym placu Łubiańskim. Przez małe okienko słyszał klekot końskich kopyt na bruku i bicie starego zegara, który szedł własnym rytmem, nie zważając na zawirowania historii. Nazajutrz do piwnicy weszło dwóch osiłków i bez słowa zaczęli tłuc go metalowymi pałkami. Kiedy był już prawie martwy, zaciągnęli go do jakiegoś gabinetu i posadzili na krześle.

Sorokin z najwyższym trudem otworzył zapuchnięte oko, żeby zobaczyć, co będą z nim robić dalej. Przed nim siedział człowiek, którego inteligencka facjata zupełnie nie pasowała do szerokich barów i chłopskich łap. Zdawało się, że jakiś okrutny i szalony doktor Frankenstein przeszczepił głowę moskiewskiego studenta na atletyczne ciało. Był to towarzysz Kalinin, szef wydziału ekonomicznego Czeka - rosnącej w siłę organizacji nadzorującej bezpieczeństwo nowego bolszewickiego państwa. 
- Dali ci chłopcy trochę po mordzie, co? - zagaił Kalinin.
- Ano dali - przyznał Sorokin.
- Należało ci się, bandyto! Powinni cię zatłuc na miejscu.
W tym miejscu Kalinin elokwentnie wyjaśnił, kim jest i czym się zajmuje.
Sorokin nie był jeszcze biegły w rozmaitych nowych terminach, jakimi posługiwali się bolszewicy. Zrozumiał tyle, że wszedł w paradę potężnej bandzie, która uważała całą Moskwę za własny teren.
- Przyznaj mi się tutaj, dla kogo pracujesz, to rozstrzelamy cię od razu i nie będziesz się męczył.
Propozycja była kusząca, ale Sorokin gotów był zaryzykować dalsze męki, aby tylko odmienić swój los. Zaczął zeznawać. Nigdy przedtem ani potem nie wyrzucił z siebie tak długiego potoku słów. Przyznał się nawet do spalenia daczy doktora Akunina, choć nie miało to zupełnie nic do rzeczy. O dziwo Kalinin wyraźnie się tym zainteresował.
- Czyli ty masz świadomość klasową! - stwierdził z entuzjazmem.
Sorokin przytaknął gorliwie. Przesłuchanie było skończone. Kalinin napisał w raporcie, że jego występek odznaczał się małą szkodliwością społeczną i że w rzeczywistości "obywatel Sorokin nie kierował się chęcią zysku, lecz prowadził świadomą akcję ekspropriacyjną wśród reakcyjnych warstw społeczeństwa". Na koniec dopisał "Rekomenduję zatrudnienie ob. Sorokina w wydziale ekonomicznym CzK".

W ten sposób Sorokin został nie tylko zwolniony z więzienia, ale też zdobył posadę w szybko rozwijającej się firmie. Było to warte kilku złamanych żeber, zwłaszcza że jego oprawcy, bracia Jagudinowie, pracowali teraz razem z nim i okazali się chłopakami z fantazją. Następne lata Sorokin zapamiętał jako najlepsze w swoim życiu. Robił właściwie to samo, co do tej pory - rabował burżujów, tyle że na wielką skalę. Razem ze swoimi ludźmi plądrowali najpierw burżujskie domy w Moskwie, a potem podmiejskie rezydencje. Co prawda łupy musieli w całości odstawić do bolszewików, ale i tak Sorokin nie czuł się stratny. Szybko zaczął się wyróżniać. Najlepsze wyniki osiągał w tropieniu szpiegów i dywersantów gospodarczych. Opowieść o tym, jak pewnego razu urządził w Jekaterynburgu "rzeźby lodowe" przekazywano sobie z ust do ust. Ustawił na dworze czterech pojmanych szpiegów i kazał im się rozebrać. Był to styczeń i temperatura spadła prawie do minus czterdziestu stopni. Sorokin kazał polewać szpiegów wodą, aż przyznają się do szpiclowania na rzecz Anglików. Po kilku wiadrach wszyscy zamienili się w "lodowe rzeźby". Żaden się nie przyznał.

Fantazja Sorokina stała się legendarna, a on sam zaczął coraz bardziej wierzyć we własne siły. Raz omal nie doprowadziło go to do zguby. Poszli z chłopakami na zwyczajną rekwizycję do pewnej starej szlachcianki. Był donos, że baba trzyma pod podłogą całe sztaby złota. Załomotali więc do drzwi, a Losza Jagudin jak zwykle ryknął przez szparę: "Czeka, otwierać!". Zawsze odnosiło to piorunujący skutek. Ludzie w środku dostawali małpiego rozumu. Rzucali się, żeby chować biżuterię i kompromitujące dokumenty do doniczek z kwiatami albo sienników. Niektórzy wyskakiwali przez okna, bez względu na wysokość. Dla Sorokina był to dowód na słuszność bolszewickiej tezy, że burżuazja to gatunek skazany na wymarcie. Tyle się gadało, jacy to wykształceni i obyci ludzie, a kiedy przyszło co do czego, to zachowywali się jak ostatni durnie. Kiedyś nawet pewien akademik z tytułem profesora wyskoczył przez okno, jakby nie wiedział, dureń, najprostszej rzeczy - że upadku z czwartego piętra nie da się przeżyć.

Baba, do której przyszli tamtego dnia, też do rozumnych nie należała. Zamiast otworzyć od razu i oszczędzić sobie nieprzyjemności, zrobiła coś zupełnie przeciwnego. Założyła na drzwi ciężki łańcuch. 
- Otwieraj, stara jędzo! - ryknął Losza, rozjuszony.
- Niech was piekło pochłonie! - odpowiedziała właścicielka.
Bracia Jagudinowie rzucili się na drzwi jednocześnie, ale choć obaj byli chłopami na schwał, nie udało im się sforsować solidnego łańcucha. 
- Otwieraj, psia twoja mać! - wrzeszczał Losza przez szparę, na próżno mocując się z drzwiami.
- Sam jesteś psim pomiotem, bolszewiku! - odpowiedziała właścicielka z drugiej strony drzwi.
Wtedy właśnie młody Sorokin wpadł na pomysł, o którym mówiło się potem przez wiele lat.
- Czekajcie, chłopaki - powiedział odpinając od paska granat.
- Co chcesz zrobić? - przestraszył się Losza.
Ale Sorokin już odbezpieczył granat i wrzucił go przez szparę do mieszkania. Rozległ się potężny wybuch. Ciężkie dębowe drzwi wyleciały z futryny i przygniotły ich wszystkich na korytarzu. To uratowało im życie. Sorokin pierwszy wygrzebał się z gruzu. W uszach dzwoniło mu potwornie, więc nie słyszał pretensji braci Jagudinów.
- Czyś ty zgłupiał, człowieku?! Chciałeś nas zabić?
Pokazał na zakrwawione wnętrze mieszkania. Po babie zostało tylko coś w rodzaju krwawej szmaty na podłodze. Reszta rozsmarowała się po ścianach.
Sorokin jeszcze przed ukończeniem dwudziestu lat stał się kimś w rodzaju ludowego bohatera. Każdy słyszał o pełnych kozackiej fantazji akcjach jego grupy. W tych popularnych opowieściach, często przesadzonych, zawsze wymieniało się tylko jego nazwisko. Sorokin liczył, że ta jego sława musi prędzej czy później dotrzeć do uszu najwyższych władz. Nie chciał spędzić reszty życia w wydziale ekonomicznym Czeka. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że próby ściągnięcia na siebie powszechnej uwagi działały właściwie na szkodę jego dalszej kariery.
W najwyższych gremiach partyjnych jego nazwisko rzeczywiście pojawiało się w rozmowach, ale tylko w żartach. Dla Lenina, Trockiego i innych Sorokin był figurą szalonego, lecz niezbyt rozgarniętego kozaka. Żadnemu z nich nie przyszło nigdy do głowy, żeby zapytać, czy jest to właściwie prawdziwa postać czy tylko bolszewicka legenda.

Pytanie to zadał dopiero człowiek, który może nie sprawował jeszcze najwyższych urzędów w bolszewickim państwie, ale szybko piął się w górę. Na razie był prawą ręką samego Swierdłowa. Kierował Ludowym Komisariatem do spraw Narodowości, który zajmował się szerzeniem idei bolszewizmu wśród narodów Rosji. Nazywał się Iosif Dżugaszwili i był Gruzinem z pochodzenia.

- Co to właściwie za jeden ten Sorokin? - spytał pewnego dnia Dżugaszwili, usłyszawszy kolejny raz o szalonym kozaku z Czeka. Tym razem ludowe podanie przypisywało mu szczególny pomysł zdejmowania opornym wrogom klasowym "rękawiczek". Sorokin podobno moczył im najpierw ręce we wrzątku, a kiedy skóra pokryła się pęcherzami, zdejmował ją, pozostawiając delikwentowi dłonie odarte do żywego mięsa. Bez względu na to, czy była to prawda, człowiek, o którym opowiadano takie okropności, zasługiwał ze wszech miar na uwagę jako jednostka, która już wkrótce może się okazać przydatna. Iosif Dżugaszwili został bowiem właśnie mianowany na komisarza politycznego Frontu Południowo-Zachodniego, który wkrótce miał ruszyć na Polskę. Potrzebował jak powietrza ludzi nietuzinkowych i zaufanych, zwłaszcza w podlegającej mu 1 Armii Konnej. Była to ogromna ciżba niepiśmiennych kozaków, którzy w przeważającej większości nie byli świadomi klasowo bardziej niż ich konie.

Kiedy Iosif Dżugaszwili przeczytał akta Sorokina, natychmiast zrozumiał, że znalazł wreszcie odpowiedniego człowieka na komisarza politycznego Konarmii. Kozak, weteran wojenny, czekista, szaleniec - słowem: idealny kandydat. Nawet jego niespełna dwadzieścia lat nie stanowiło żadnej przeszkody. Głównodowodzący Frontu Zachodniego, Tuchaczewski, miał zaledwie dwadzieścia siedem lat.

Sorokin miał więc drugi raz w życiu ruszyć na Warszawę, choć tym razem nie jako jej obrońca. Dzięki rozmaitym kursom wieczorowym jego wiedza historyczna znacznie się w tym czasie pogłębiła. Na stanowisku komisarza politycznego Konarmii było to niezbędne. Co rusz musiał tłumaczyć kozakom obecną sytuację polityczną. Jego samego nie przestawały zdumiewać zmiany, jakie zaszły także na tym polu w ciągu ostatnich lat. Otóż Warszawa nie była już częścią Matki Rosji. 
Odłączyła się od niej zdradziecko razem z całą zachodnią częścią państwa, które teraz nazywało się Polska i było rządzone przez reakcyjną burżuazję i obszarników, tak zwanych polskich panów. W tym momencie zazwyczaj ktoś przerywał pytaniem:
- Znaczy się "białych"?

Z początku Sorokin próbował wyjaśniać podstawowe różnice między "białymi" od Wrangla a polskimi panami, ale szybko przekonał się, że kozacy nie chwytają takich subtelności. Odpowiadał więc: "Można tak powiedzieć", po czym przechodził gładko do dalszej części wywodu. Otóż ta właśnie zbuntowana Warszawa, której jeszcze niedawno rosyjscy żołnierze bronili własną piersią przed Germańcami, zagrażała teraz nowemu sowieckiemu państwu. Ciągle próbowała wyrywać z ciała Matki Rosji nowe terytoria. Dlatego należało rozprawić się z polskimi panami raz na zawsze, a po trupie burżuazyjnej Polski zanieść pochodnię rewolucji do Germańców i całego świata. 
- Uraa! - odpowiadał mu zazwyczaj ryk entuzjazmu, co było najlepszym dowodem, że sprawdzał się jako komisarz polityczny doskonale.

Konarmia spadła na Polskę z wielkim impetem. Wyperfumowani polscy oficerkowie umykali gdzie pieprz rośnie i wydawało się, że czerwona pożoga w mgnieniu oka pochłonie zdradziecką Warszawę. Tak się jednak nie stało. Nie wiadomo, dlaczego stanęli pod Lwowem. Podobno czekali na wiadomości ze sztabu 
Tuchaczewskiego, żeby uderzyć jednocześnie z obu stron. Sorokin tłumaczył to cierpliwie kozakom, ale sam nie był co do tego przekonany. Dlaczego nie spalili przynajmniej Lwowa?

Pewnego dnia jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że Tuchaczewski został pod Warszawą rozgromiony w pył. Nie dość tego - polskie wojsko ciągnęło już ze wszystkich stron, żeby uderzyć także na Konarmię. Niemal natychmiast zarządzono odwrót, ale do bitwy z polskimi panami i tak doszło. Pod Komarowem Sorokin sam wziął szablę do ręki i wyjechał w pole. Ściął sześciu, może siedmiu Polaków, ale nie zmieniło to wyniku bitwy. Konarmia została rozbita i zmuszona do ucieczki. 
Klęska polskiej kampanii była dla Sorokina osobistą porażką. Znów nie zobaczył Warszawy. Rzecz jasna, nigdy nie dał wiary opowieściom Wasyla Czerkasowa o srebrnych monetach, które leżały na ulicach. Jednak ciekawość pozostała w nim jak drzazga, której nijak nie dawało się usunąć, zwłaszcza że po przegranej wojnie Warszawa stała się dla niego niedostępna. Wyglądało na to, że oderwała się od Matki Rosji na dobre i odpłynęła z prądem historii jak kra podczas wiosennej odwilży.
Kariera Sorokina niespodziewanie wyhamowała. Iosif Dżugaszwili, którego teraz wszyscy nazywali "Stalin", nie powołał komisarza politycznego Konarmii na żadne wysokie stanowisko. Być może uznał, że ciąży na nim odium klęski, a być może miał po prostu za dużo na głowie, żeby zajmować się jakimś tam Sorokinem. Po śmierci Lenina był zajęty przejmowaniem władzy w sowieckim państwie. Po kolei eliminował kolejnych przeciwników, aż w końcu stanął na czele całej partii, stając się kimś o wiele potężniejszym niż zastrzelony car Rosji.

Sorokin prawie dwie dekady żył na uboczu wielkich wydarzeń w sowieckim państwie. Owszem, zajmował pewne stanowiska, ale były to posady o niewielkim znaczeniu, w dodatku z dala od Moskwy - a to sekretarz Komsomołu w jakimś zakładzie w Czelabińsku, a to szef wydziału ekonomicznego OGPU w Tyflisie. 
Stracił dawny zapał. Dużo pił, a po pijanemu wdawał się w awantury i bijatyki. W Tyflisie spotkała go też nieprzyjemna historia. Naraził się samemu pierwszemu sekretarzowi Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Gruzji Ławrientijowi Berii. Odbił mu kochankę, dziewczynę z miejscowego Komsomołu. Beria oskarżył go o gwałt na komsomołce i upodobanie do imperialistycznej muzyki. Sorokin stanął przed sądem partyjnym. Na próżno tłumaczył się, że żadnego gwałtu nie było, bo komsomołka sama wypinała się na wszystkie strony jak akrobatka, a imperialistycznej muzyki słuchał tylko raz, kiedy tańczył z rzeczoną czekistką charlestona. To pogrążyło to całkowicie. Gwałt mogliby mu jeszcze wybaczyć, ale tańczenie charlestona z daleka zalatywało trockizmem. Miał szczęście, że skończyło się na przeniesieniu na inne stanowisko.
W praktyce wyrok partyjnego sądu oznaczał jednak długoletnie więzienie. Sorokin został bowiem mianowany na komendanta łagru na Dalekiej Północy, za kołem podbiegunowym.

Przez pierwsze miesiące był zdruzgotany. Nie widział wielkiej różnicy między swoim losem a nędznym żywotem zwyczajnych zeków. Podobnie jak oni musiał znosić czterdziestostopniowe mrozy i potworną pustkę syberyjskiej północy. Dobrze, że nie kazali mu harować razem z nimi przy wyrębie lasu, myślał z goryczą. 
Pewnej szczególnie mroźnej nocy, kiedy grzał się przy kozie i wpisywał nowych zeków do ewidencji, doznał czegoś w rodzaju duchowego przebudzenia. Ołówek wypadł mu ze zgrabiałej dłoni. Zdał sobie sprawę, że liczba zeków podwaja się z miesiąca na miesiąc. Wniosek poraził go swoją oczywistością: przed łagrami była przyszłość. Przed nim była przyszłość.

Od tej pory zmienił się nie do poznania. Odstawił wódkę. Zaczął dużo czytać. Książki kazał sobie sprowadzać razem z dostawą żywności dla obozu. Pochłaniał wszystko - prawo, historię, filozofię, nawet podręczniki biologii. Czas odmierzały mu strony przeczytanych książek. O ile przedtem syberyjska doba wydawała się trwać całą wieczność, o tyle teraz stała się za krótka. Nie miał wprawy w czytaniu, toteż dziesięć stron zabierało mu z reguły godzinę. Postanowił poprawić wydajność, zwłaszcza że nie przyswajał za dobrze przeczytanej treści. Wiele książek było dla niego po prostu niezrozumiałych. Znalazł na to genialny wręcz sposób. Wśród zeków byli przecież profesorowie niemal każdej dziedziny ludzkiej wiedzy, duchowni, intelektualiści, artyści. Nie brakowało też wybitnych bolszewików, którzy w małym palcu mieli wszystkie pisma Marksa, Engelsa i towarzysza Lenina. Sorokin wybrał więc po jednym specjaliście z każdej dziedziny wiedzy i utworzył coś w rodzaju prywatnego uniwersytetu. Swoich profesorów umieścił w oddzielnym baraku, przydzielił im pracę pod dachem oraz dodatkową porcję bałandy. W zamian za te przywileje kazał im wygłaszać dla niego wykłady i przygotowywać seminaria. W ten sposób barak siedemnasty stał się najlepszą prywatną uczelnią w Związku Sowieckim, choć świat nigdy się o nim nie dowiedział, ponieważ wszyscy wykładowcy zmarli w obozie z powodu chorób i niedożywienia.

Praca samokształceniowa zaczęła wkrótce przynosić owoce. Sorokin niemal fizycznie czuł, jak jego świat rozszerza się i rozjaśnia. Zaczął dostrzegać związki i zależności między rzeczami, które pozornie nie miały ze sobą nic wspólnego.

Ze wstydem przypominał sobie siebie z poprzedniego, przedłagrowego życia - zwierzę miotane instynktami i złudzeniem, że posiada jakieś własne myśli i przekonania. W rzeczywistości były to tylko odpryski zasłyszanych zdań, wyuczone przez otoczenie reakcje neuronów, brednie w rodzaju srebrnych monet na ulicach Warszawy, zamulające ludzki umysł. W łagrze Sorokin stał się człowiekiem wolnym - odzyskał władzę nad swoim rozumem, a wraz nią - nad swoim losem.

Pierwszym dziełem samodzielnego myśliciela z Kamczatki był śmiały projekt reorganizacji Głównego Zarządu Obozów, który usprawniał zarządzanie stale rosnącą liczbą łagrów na terenie całego Związku Sowieckiego. Pismo Sorokina do OGPU pozostało bez odpowiedzi, ale dziwnym zbiegiem okoliczności krótko potem przeprowadzono reformę systemu zarządzania obozami, i to bardzo zbliżoną do zaproponowanej przez Sorokina. Właściwie zmieniono tylko nazwy nowych organów. Główna centrala nazywała się teraz w skrócie "GUŁag".

Sorokin ani myślał się poddać. Oczywistą kradzież intelektualną uznał za swój sukces. Najwyraźniej tak górował nad miernymi umysłami oficjeli z OGPU, że nie mieli innego wyjścia jak użyć władzy zamiast własnego rozumu. Dobrze wiedział, że awanturowanie się jest bezcelowe. Przygotował więc kolejny projekt - jeszcze bardziej oryginalny. Był to ni mniej, ni więcej, jak plan połączenia dwóch wielkich rosyjskich rzek: Wołgi i Donu. Kanał o długości stu jeden kilometrów miałby zostać zbudowany rękami zeków, a więc z wykorzystaniem darmowej siły roboczej. W tym celu Sorokin proponował podniesienie ogólnej liczby więźniów do pół miliona i utworzenie w rejonie planowanej budowy nowych łagrów. Pomysł ten przyszedł mu do głowy podczas lektury książek o historii starożytnego Egiptu.

Niestety nowy zarząd GUŁagu także nie odpowiedział. Sorokin doszedł do wniosku, że być może dał się ponieść osobistym afektom. Wołga była rzeką jego dzieciństwa, ale dla ludzi z Moskwy nie znaczyła wiele, a już to, czy będzie połączona z Donem, obchodziło ich tyle, co zeszłoroczny śnieg. Należało zaproponować im raczej coś, co bardziej przemówi nie tyle do rozumu, ile do afektów właśnie.

 

[Wydawnictwo Zwierciadło]

 

TRZECI FRAGMENT JUŻ WKRÓTCE!

Zapraszamy również do konkursów, które pojawią się lada dzień. Mamy dla Was 5 książek ufundowanych przez Wydawnictwo Zwierciadło.

 

 

Kup w promocyjnej cenie w Księgarni Zwierciadło

Czytaj także:

 

Przykro nam, ale nie możesz komentować tego artykułu, ponieważ nie jesteś zalogowany. Zaloguj się lub załóż konto, jeśli go jeszcze nie posiadasz. Zapraszamy!

Czas Honoru Czas Honoru

Ankieta

Czy Twoim zdaniem, serial przyczynił się przywrócenia pamięci o cichociemnych oraz żołnierzach wyklętych?
 

Z planu serii "Powstanie"

Wyszukaj na stronie

Ostatnie komentarze